Czy Putin wypowiedział wojnę Ameryce? | Artykuły

Publicystyka - Artykuły

AddThis Social Bookmark Button

Władimir Putin w mundurze KGB | źródło: Wikipedia, Kremlin.ru

Informacja o mieszkańcach Kaukazu dokonujących zamachu w Bostonie, musi doprowadzić do starcia dwóch podstawowych hipotez: o akcie terrorystycznym ze strony islamskich fundamentalistów lub działaniach inspirowanych przez służby Federacji Rosyjskiej.

Nie ma wątpliwości, że pierwsza z hipotez zostanie natychmiast upubliczniona i powtórzona w tysiącach mediów. Niezależnie od wyników śledztwa, przyjęcie jej już dziś jest wręcz „naturalnym” odruchem światowej opinii publicznej, usprawiedliwionym zresztą doświadczeniem płynącym z setek podobnych zdarzeń. Hipoteza ta zostanie wzmocniona, jeśli prowadzone przez USA śledztwo wykaże, że zamachowcy byli związani z którąkolwiek z organizacji islamskich lub sympatyzowali np. z syryjskimi powstańcami.

Narzucenie opinii publicznej takiego scenariusza, okaże się tym łatwiejsze, że od kilku tygodni aparat dyplomatyczny i medialny Federacji Rosyjskiej usilnie pracuje nad umocnieniem opinii na temat zagrożenia islamskiego. Ma to oczywisty związek ze wspieraniem przez Rosję bandyckiego reżimu Baszara al-Asada, ale w świetle obecnych wydarzeń, nabiera głębszego znaczenia.

Rosyjskie media już przed miesiącem nagłaśniały tezy raportu MSW Wielkiej Brytanii, w którym znalazło się ostrzeżenie, że setki muzułmanów posiadających obywatelstwo krajów unijnych, walczących dziś po stronie syryjskich ugrupowań opozycyjnych, może wkrótce powrócić do Europy i dokonywać tam aktów terroru. Rosjanie ostrzegali też, że „dzisiejszy europejski system polityczny nie jest do zdolny do powstrzymania islamskiego terroryzmu” i sugerowali, że kraje te powinny skorzystać z doświadczeń służb FR. O zagrożeniu terrorystycznym dla UE i USA ze strony bojowników islamskich od dawna ostrzegali też tzw. eksperci i politolodzy rosyjscy, wskazując m.in., że bazą przerzutową dla przyszłych terrorystów jest Turcja. Podana dziś przez jedną z agencji informacja, że bracia Carnajew przybyli do USA z Turcji i mają tureckie obywatelstwo, mocno koresponduje z tą tezą. Przed tygodniem rosyjskie MSZ oświadczyło, że „Rosja jest zaniepokojona wzrostem zainteresowania członków międzynarodowej organizacji terrorystycznej Al Kaida Syrią, którą ta organizacja planuje przekształcić w swój najważniejszy przyczółek na Bliskim Wschodzie”. Opinię tę powtórzył przedwczoraj minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, ostrzegając, iż „próba wojskowego rozwiązania kryzysu w Syrii grozi wybuchem terroryzmu”.

Nietrudno zauważyć, że profil zamachowców i dokonany przez nich akt terroru wydają się potwierdzać diagnozę Rosjan.  Amerykanie już poinformowali, że skłaniają się ku teorii, iż zamachy bombowe „były motywowane islamskim ekstremizmem” i ta, wstępna hipoteza, zostanie zapewne przyjęta. Przeprowadzony w Bostonie atak musiał wymagać drobiazgowych przygotowań, szkoleń, a przede wszystkim pieniędzy. Zamachowcy musieli zatem mieć wspólników lub grupę, która udzielała im wsparcia.  Choć dziś nie dysponujemy pełnymi informacjami, można przypuszczać, że trop syryjsko-islamski, w tym powiązania zamachowców z Al Kaidą, zostaną wkrótce  nagłośnione.

„Islamski ekstremizm” można oczywiście eksploatować również w odniesieniu do Czeczenii. Agencje podkreślają, że bracia mieszkali i pracowali w tym kraju, zaś ich ojciec - Anzor Carnajew, przebywa w sąsiadującym z Czeczenią Dagestanie. Zamach w Bostonie wpłynie zatem na umocnienie tezy o „czeczeńskich terrorystach”, może zaszkodzić sprawie wolnej Czeczenii  i stać się wygodnym argumentem do kolejnej rozprawy z walczącym o niepodległość narodem. Rosyjskim najeźdźcom stwarza wręcz wymarzoną okazję do ostatecznego rozegrania sprawy czeczeńskiej i narzucenia światu haniebnej zasłony milczenia nad zbrodniami ludobójstwa. Tylko te czynniki pozwalają stwierdzić, że następstwa zamachu w Bostonie mogą się okazać niezwykle korzystne dla interesów Rosji.

Czy mogą jednak uzasadniać drugą z hipotez i prowadzić do wniosku, że zamachowcy byli inspirowani lub przygotowani przez służby FR?

Wydaje się, że wskazane tu potencjalne korzyści, polegające na umocnieniu reżimu syryjskiego czy przyzwoleniu na rozprawę z Czeczenami, nie rekompensują ryzyka, jakie musiałby podjąć Putin. Akt terroru dokonany na terytorium USA, to nie to samo co wysadzenie kilku bloków mieszkalnych w Moskwie, czy zamordowanie przeciwnika politycznego. W przypadku wykrycia powiązań ze służbami rosyjskimi, Putin musiałby liczyć się z gigantycznymi konsekwencjami, które z pewnością przekreśliłyby wszystkie dotychczasowe „zdobycze” Rosji na arenie międzynarodowej i mogły doprowadzić do końca władzy siłowików.

Motywacja do zastosowania „sekwencji zamachu” musiałaby być zatem na tyle mocna, by równoważyła to ryzyko. Myślę, że taką motywację można dziś wskazać. Znalazła ona wyraz nawet w depeszy kondolencyjnej wysłanej przez Putina po zamachach w Bostonie. Rosyjski przywódca napisał w niej, że  „w razie konieczności Rosja będzie gotowa do udzielenia pomocy w związku z prowadzonym przez władze Stanów Zjednoczonych śledztwem” i podkreślił, że „walka z terroryzmem wymaga aktywnej koordynacji wysiłków całej wspólnoty światowej”.

Już przed dwoma laty, przy okazji zamachu dokonanego przez Breivika podkreślałem, że Rosja prowadzi szeroko zakrojoną kampanię na rzecz uwiarygodnienia w roli partnera w walce z terroryzmem. Jeśli uda jej się przekonać przywódców USA i UE, że jest doświadczonym i pewnym sprzymierzeńcem, będzie odgrywać znacznie większą rolę w kształtowaniu światowej polityki bezpieczeństwa, a istniejące w Rosji rozwiązania w zakresie „demokracji kierowanej” (szczególnie dotyczące Internetu, terroryzmu wewnętrznego i „prawicowego ekstremizmu”) zostaną przeniesione na inne państwa. Można wskazać co najmniej kilkadziesiąt wypowiedzi polityków rosyjskich, w których przewija się ten temat. Jest on dziś bodaj najważniejszym zadaniem rosyjskiej dyplomacji i priorytetem w działaniach służb.

Uwiarygodnienie FSB w roli ważnego sojusznika państw natowskich oraz dostęp do obszaru decyzyjnego w sprawach bezpieczeństwa światowego - to dostateczny powód, by podjąć ryzyko zamachu. Dla państwa, które od dziesięcioleci wspiera wszelkie formy terroryzmu i stosuje go przeciwko własnym obywatelom, taka zdobycz jest bezcenna. Tym bardziej, że w obecnych realiach USA, przy słabości administracji Obamy, rozprzężeniu NATO i warunkach politycznego „resetu”, możliwość ujawnienia rosyjskich inspiracji wydaje się niewielka. Warto też pamiętać, że inspiracja nie oznacza bezpośredniego udziału ludzi służb rosyjskich. Tym bardziej, związki takie nie muszą być ujawnione podczas analizy kontaktów utrzymywanych przez zamachowców. Oni sami również nie muszą wiedzieć, kto naprawdę zalecił im zamach. Jeśli okażą się „islamskimi ekstremistami” potwierdzi to jedynie, że FSB dobrze wykonało swoją robotę. Warto przy tym zwrócić uwagę na znamienną reakcję putinowskiej marionetki, tzw. prezydenta Czeczenii Kadyrowa, który po opublikowaniu informacji o związkach zamachowców z Czeczenią, kazał natychmiast ogłosić, że „rodzina Carnajewów wiele lat temu przeniosła się z Czeczenii do innego regionu Rosji i nie ma żadnego związku z Republiką Czeczeńską”. Jako miejsce ich pobytu, rzecznik Kadrowa wskazał Stany Zjednoczone i nie zapomniał dodać, że „jeśli zostali oni terrorystami, to powinno się o to pytać tych, którzy ich wychowywali”. To wyraźne „odcięcie” od zamachowców można odczytywać jako wyprzedzające działanie propagandowe.

Trzeba też wspomnieć, że w sprawie pojawia się jeden, za to bardzo charakterystyczny trop. Przed kilkoma dniami zwracałem uwagę na twitterze, że konstrukcja bomby użytej w zamachu może wskazywać na rosyjski ślad. Przypomnę, że bomby te wykonano z szybkowarów wypełnionych metalowymi odłamkami, gwoździami i kulkami z łożysk, a jako materiału wybuchowego użyto czarnego prochu.  Otóż identycznych bomb użyto 8 stycznia 1977 roku podczas trzech zamachów terrorystycznych w Moskwie. O ich przeprowadzenie Sowieci oskarżyli członków podziemnej organizacji ormiańskiej, skazując ich na śmierć. Rosyjscy dysydenci twierdzili jednak, że w zamach byli zamieszani ludzie KGB, a sprawę nadzorował Jurij Andropow - wieloletni szef tej służby.

Nie ma wątpliwości, że dzisiejsza informacja o kaukaskich zamachowcach mogłaby zapoczątkować przełom w relacjach amerykańsko-rosyjskich, a nawet doprowadzić do globalnego, politycznego „trzęsienia ziemi”. Mogłaby, gdyby nie fakt, że Stanami Zjednoczonymi kieruje dziś najsłabszy w historii prezydent, a na Kremlu zasiada godny następca Stalina i Andropowa.

Śledź(0)

Adres śledzenia tego komentarza

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS tego komentarza
...
0
Zalosne wypociny szkoda czasu na czytanie bzdur!
wjp458 , 16 September 2013
...
0
A zadajmy sobie pytanie gdzie nauczano bolszewizmu za oceanem i od ilu juz lat Stany Zjednoczone kontroluja Rosyjska gospodarke... Hmmm
Zyczliwy , 24 April 2013

Napisz komentarz

mniejsze | większe

busy

Publicystyka