By kumplom żyło się lepiej | Artykuły

Publicystyka - Artykuły

AddThis Social Bookmark Button

fot. GPArogancja władzy – to popularne jeszcze w czasach PRL określenie przychodzi mi obecnie na myśl niemal codziennie. Mamy bowiem ostatnio do czynienia z festiwalem doniesień, pokazujących niezwykłe wprost rozpasanie i najzwyklejszą chciwość ludzi władzy, nominatów Platformy czy PSL, na najróżniejszych szczeblach i w rozmaitych instytucjach.

Niedawno mogliśmy się dowiedzieć, że Marcin Herra, szef spółki organizującej Euro 2012, i jego zastępca Andrzej Bogucki otrzymają po ponad 1,3 mln zł premii. Dlaczego? Bo mistrzostwa się odbyły… Przypomnijmy tę historię, bo jest wyjątkowo pouczająca. Ich kontrakty zostały podpisane w lipcu 2008 r. Już wtedy kilka faktów budziło zdziwienie. Po pierwsze to, że organizacją Euro 2012 miała się zająć jakaś spółka, a nie po prostu urzędnicy Ministerstwa Sportu w ramach swoich obowiązków.


Korupcja w majestacie prawa

 Teraz wiadomo, jaki był cel tego zabiegu. Urzędnicy mogliby przecież otrzymać najwyżej określone przepisami wynagrodzenia, a w wypadku spółki można było zawrzeć w umowie – utajnionej przed opinią publiczną – dowolne klauzule, np. właśnie te przyznające „chłopcom Drzewieckiego” milionowe premie.

Wybrańcy ówczesnego ministra sportu zarabiali i bez nich ogromnie dużo – Herra dostawał miesięcznie 26 tys. zł, co rok nagrodę w wysokości 160 tys. zł, a do tego mieszkanie służbowe i takie dodatki, jak polisę ubezpieczeniową i prywatną opiekę medyczną dla całej rodziny. Te zdumiewająco wysokie zarobki otrzymał człowiek wówczas 32-letni, a zatem początkujący menedżer, niemogący pochwalić się żadnymi nadzwyczajnymi osiągnięciami. Tymczasem oficjalnie uzasadniano je rzekomą koniecznością przyciągnięcia „najwybitniejszych talentów”, którym trzeba było zaoferować „konkurencyjne rynkowo wynagrodzenia”.

Gdyby takie były intencje, znacznie lepszych menedżerów znaleziono by bez trudu za o wiele mniejsze stawki. Najważniejszą kwalifikacją młodego „geniusza zarządzania” były jednak jego polityczne koneksje.


Eldorado trwa

 Ale na tym historia się nie kończy. Gdy tylko minister sportu Joanna Mucha odtajniła zakończone kontrakty szefów spółki, poinformowała, że zawarła z nimi kolejne umowy – jeszcze wyższe, bo opiewające na 27 tys. zł miesięcznie. Herra i Bogucki mają odpowiadać za zarządzanie Stadionem Narodowym. A warunki nowej umowy są równie bulwersujące, jak poprzedniej i to nie tylko ze względu na samą wysokość podstawowego wynagrodzenia.

Rząd założył bowiem, że Stadion Narodowy przyniesie 21 mln zł strat rocznie. A nowi prezesi mają dostać premie za straty, tyle że mniejsze. Jeśli np. strata Stadionu wyniesie 11 mln zł, Herra i Bogucki dostaną jedną czwartą z 10 mln, czyli znowu po 1,25 mln zł – z budżetu, a zatem z naszych podatków.

Finansowe eldorado ulubieńców „Mira” to jednak tylko najlepiej widoczny – ze względu na skalę – wierzchołek góry lodowej, a zarazem przykład patologicznego mechanizmu, działającego znacznie szerzej i już właściwie we wszystkich instytucjach państwa.

Pamiętamy przecież niemal identyczną aferę z byłym szefem Narodowego Centrum Sportu Rafałem Kaplerem. To kolejny trzydziestolatek, który otrzymał niemal 600 tys. zł premii za spartaczoną budowę Stadionu Narodowego.


Korporacja HGW

 A na szczeblu lokalnym? Tu najlepiej przywołać przykład Warszawy, gdzie postępującą w całym kraju korupcję struktur administracyjnych państwa widać najwyraźniej. Przede wszystkim w czasie prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz liczba urzędników miejskich dramatycznie wzrosła – aż o 35 proc. Stołeczny ratusz stał się tym samym jednym z największych zakładów pracy w całej Polsce, zatrudniającym wraz z urzędami dzielnicowymi niemal 8 tys. osób. A gdy Gronkiewicz-Waltz obejmowała władzę w Warszawie w 2006 r., urzędników było 5,7 tys.

Również w tym wypadku widać finansowe rozpasanie na skalę podobną jak w Ministerstwie Sportu. Warszawscy urzędnicy w ubiegłym roku otrzymali niemal 43 mln zł premii. Samym burmistrzom dzielnic wypłacono 15 mln zł.

Żeby już nie ciągnąć tej listy, przywołajmy jeszcze tylko również idące w miliony zarobki byłego ministra Aleksandra Grada w spółce budującej elektrownię jądrową i jeden przykład spoza stolicy, który pokazuje, że patologie objęły właściwie cały kraj – wiceprezydenci Siemianowic otrzymali premie po 30 tys. zł.

Wszystko to dzieje się w sytuacji powszechnego ubożenia społeczeństwa i braków w zakresie dostarczania podstawowych usług ze strony państwa, choćby w dziedzinie ochrony zdrowia, czy – skoro mówimy o poziomie samorządowym – zapewnienia mieszkań dla potrzebujących. A przecież za 43 mln zł można by np. wybudować kilkaset mieszkań komunalnych.


Gdy prawo nie działa

Czynnikiem wybitnie sprzyjającym rozwojowi patologii jest brak kontroli społecznej nad finansowymi decyzjami i machinacjami władzy. Sprzyja temu praktycznie całkowity zanik funkcji kontrolnej, jaką powinni sprawować dziennikarze w imieniu czwartej władzy. Jak wiadomo jednak, poza drugim obiegiem media są w większości z Platformą „zaprzyjaźnione”, a dziennikarstwo śledcze niemal całkowicie zanikło.

Inny problem to coraz szczelniejsza zasłona tajności, za którą skrywa się władza. W każdym demokratycznym kraju jest oczywiste, że jednym z podstawowych praw obywateli, będących przecież równocześnie podatnikami, jest wiedza o tym, jak rozdysponowywane są płacone przez nich podatki. Nieliczne wyjątki od reguły jawności mogą dotyczyć dziedzin związanych z interesem narodowym, np. kosztami działania tajnych służb.

Tymczasem w III RP regułą stało się właśnie ukrywanie działań władz, a zwłaszcza informacji finansowych. Korzysta się zwykle z pretekstu „ochrony danych osobowych” czy „tajemnicy kontraktu”, które w ogóle w sferze publicznej nie powinny mieć miejsca. Przykładem jest próba uzyskania przez stołecznych radnych z opozycji informacji o umowach zawartych przez Hannę Gronkiewicz-Waltz z kontrahentami miasta. Radni musieli pozwać władze miasta do sądu i otrzymali dane dopiero po wygraniu po dwóch latach procesu.

Skontrastujmy degenerację etosu władzy pod rządami Platformy Obywatelskiej z postępowaniem polityków w krajach demokratycznych. We Włoszech nowo wybrani przewodniczący obu izb parlamentu podjęli decyzję o obniżeniu własnych pensji aż o 30 proc., aby dać przykład oszczędności niezbędnych w czasach kryzysu.


Upadek etosu polityki

Tymczasem w Polsce Donalda Tuska zdaje się panować przyzwolenie na wyprowadzanie publicznych pieniędzy na wszelkie możliwe sposoby, przypominające wręcz najzwyklejszą grabież w majestacie prawa. Władza nie przejmuje się narastającym napięciem społecznym, gwałtownie rosnącym bezrobociem i biedą. Psychologicznie można to tłumaczyć znanym zjawiskiem uwierzenia we własną propagandę.

Hojność władz połączona ze zgodą na rozmnożenie kadr urzędniczych jest też oczywiście rodzajem korupcji politycznej i budowaniem pewnej bazy wyborczej. Przecież setki tysięcy pracowników rozmaitych urzędów i instytucji, zależnych od rządu PO i władz samorządowych, to grupa mogąca zdecydować o uzyskaniu większości w wyborach.

I dlatego właśnie Donald Tusk musiał spacyfikować Centralne Biuro Antykorupcyjne – powołane ono było przecież po to, aby podobnym patologiom przeciwdziałać.

 

 

Autor: Artur Dmochowski
Żródło: Gazeta Polska Codziennie

Śledź(0)

Adres śledzenia tego komentarza

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS tego komentarza
...
0
...powstańcie,których dręczy głód...!
aramis , 06 April 2013
...
0
Obecnie rządzący mogą mieć o wiele gorzej niż komuna. Powód? Drugi taki numer z podstawieniem "Bolka" może się nie udać, a wtedy ... .
Piotr1973 , 26 March 2013

Napisz komentarz

mniejsze | większe

busy

Publicystyka