Projekt "Prusy Wschodnie" | Artykuły

Publicystyka - Artykuły

AddThis Social Bookmark Button

Po haniebnej kapitulacji państwa w sprawie tragedii smoleńskiej, wygranej prezydenta „myślącego po rosyjsku”,  podpisaniu fatalnej umowy gazowej i podporządkowaniu polskiej dyplomacji interesom Rosji, przychodzi czas na decyzję, której negatywne skutki mogą przewyższyć wszystko, co do tej pory grupa rządząca zgotowała Polakom w ramach „zbliżenia” z reżimem Putina.

Od wielu miesięcy największą troską ministra Sikorskiego cieszy się projekt dwustronnej umowy z Moskwą, na mocy której mieszkańcy Obwodu Kaliningradzkiego mogliby przekraczać polską granicę bez żadnych ograniczeń wizowych.

Gdy spojrzeć na sposób forsowania tego projektu i koncepcję wspólnych polsko-rosyjsko-niemieckich działań, trudno oprzeć się wrażeniu, że dla jego realizacji wyznaczono sztandarową inicjatywę dyplomatyczną rządu Tuska – tzw. Partnerstwo Wschodnie, w ramach którego zakłada się zacieśnienie współpracy z Białorusią, Ukrainą, Mołdawią, Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią. Tylko pozornie taka teza wydaje się paradoksalna, skoro projekt nie obejmuje Rosji, a nawet jest przez nią krytykowany i nazwany „partnerstwem przeciwko Rosji”.

Warto przypomnieć, że  Partnerstwo Wschodnie ma za zadanie przyczynić się do zbliżenia i integracji państw Europy Wschodniej i państw Kaukazu Południowego z Unią Europejską i w grudniu 2008 zostało zaakceptowane przez Komisję Europejską, która jednocześnie zaproponowała utworzenie stref wolnego handlu, podpisanie układów o stowarzyszeniu i ułatwień wizowych dla obywateli państw uczestniczących w Partnerstwie oraz ustaliła finansowanie programu do kwoty 600 mln euro. Rozwijanie projektu ma być priorytetem zbliżającej się polskiej prezydencji w UE.

Choć „Partnerstwo” zakłada stopniowe wprowadzanie ruchu bezwizowego, to z uwagi na ograniczenia nałożone procedurami z Schengen dotychczas żadne z państw objętych projektem nie uzyskało tego przywileju. Mowa jest jedynie o „mapach drogowych”, a najbliższa otwarciu granicy Ukraina może liczyć na konkrety dopiero w 2012 roku. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja rosyjskim obwodem.

Autorstwo pomysłu można przypisać ministrowi Ławrowowi, który w październiku 2009 roku zaproponował zorganizowanie spotkania ministrów spraw zagranicznych Litwy i Polski w Obwodzie Kaliningradzkim. Tematem spotkania miała być „przyszłość enklawy w jednoczącej się Europie”. Rosjanie od dawna zabiegają o nadanie Kaliningradowi specjalnego statusu „rosyjskiej enklawy na unijnym terytorium” i deklarują przekształcenie go w „drugi Hongkong”. Na deklaracjach się kończy, bo region znajduje się w głębokiej zapaści i wymaga wielomiliardowych inwestycji, na których Rosję nie stać. Wszystkie projekty dotyczące przyszłości „enklawy” zmierzają zatem do zaangażowania środków UE i znalezienia chętnych do finansowania rozwoju tego najbardziej zmilitaryzowanego obszaru Federacji Rosyjskiej. Ofensywa Ławrowa zaowocowała w listopadzie 2009 r. podpisaniem w Sztokholmie porozumienia, na mocy którego UE i Rosja mają przeznaczyć  176 mln euro ( z czego tylko 44 mln wyłożyła Rosja) na „współpracę regionów przygranicznych Litwy i Polski z obwodem kaliningradzkim”. Od tej pory można obserwować niezwykłą wprost aktywność polskiej dyplomacji w wspieraniu i forsowaniu rosyjskiego projektu.

Na kilka dni przed tragedią smoleńską, w dniu 4 kwietnia 2010 roku w wywiadzie dla agencji Interfax pojawiła się spektakularna wypowiedź polskiego ambasadora w Moskwie Jerzego Bahra.

Stwierdził on, że „rosyjski obwód kaliningradzki mógłby zostać włączony do unijnego programu Partnerstwa Wschodniego”. „Obwód kaliningradzki – przypomniał Bahr - znajduje się w centrum tego terytorium (objętego Partnerstwem Wschodnim) i mógłby popróbować udziału w tym lub innym programie. Leży to w głębokim interesie mieszkańców tego obwodu”.

Mówiąc o Partnerstwie Wschodnim Bahr stwierdził: "Ten program opiera się nie na ideologii, a na praktyce. Cieszy nas, gdy widzimy pozytywne oceny programu ze strony oficjalnych władz Rosji. Mamy nadzieję na zrozumienie ze strony Rosji i jakiś udział w tym, co będzie ją interesować".

Nie wiadomo o jakich „pozytywnych ocenach” dywagował ambasador Polski. Warto bowiem jego wyznania skonfrontować z wypowiedzią szefa komisji spraw zagranicznych Dumy Konstantina Kosaczowa z września 2010 roku i wyrazistą deklaracją, iż „Rosja nie jest zainteresowana udziałem w unijnym programie Partnerstwa Wschodniego”. Kosaczow uczestniczący wówczas w berlińskiej konferencji poświęconej współpracy Unii Europejskiej i Rosji stwierdził, że „Rosja nie włączy się w Partnerstwo Wschodnie, ponieważ jako równorzędny partner Wspólnoty nie potrzebuje dodatkowych tego typu inicjatyw.” Kosaczow widział natomiast możliwość opracowania przez obie strony jak to określił, „jakiegoś wspólnego projektu dla krajów położonych między Unią a Rosją”, wyraźnie podkreślając, że Kreml uważa te kraje za swoją strefę wpływów. O kompromitującym poziomie dyplomacji polskiej świadczy ówczesna reakcja szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Andrzeja Halickiego, który uznał że „Rosja nie musi być podmiotem, do którego adresowane jest Partnerstwo Wschodnie, bo rozwija inną formułę współpracy z Unią Europejską”. Można domyślać się, że ta „inna formuła” oznacza głównie działania dyplomatyczne na forum UE, wykonywane za pośrednictwem polskiego „konia trojańskiego”.

Ten sam Halicki, już kilka tygodni po katastrofie smoleńskiej, w maju 2010 roku wystosował wspólnie z Kosaczowem list do szefów komisji spraw zagranicznych parlamentów UE w sprawie małego ruchu granicznego z obwodem kaliningradzkim, proponując by objął on cały obwód. Na uwagę zasługuje argumentacja polityka Platformy: "Wymagałoby to specjalnego spojrzenia ze strony Komisji Europejskiej. Obwód jest specjalny, sytuacja jest specjalna i wymaga to - w naszym przekonaniu - takiego specjalnego, życzliwego podejścia ze strony wszystkich państw członkowskich" - przekonywał Halicki.

Najbardziej życzliwym podejściem w sprawie otwarcia granicy z obwodem wykazuje się z pewnością minister Sikorski, który forsuje ten projekt na każdym kroku. W czerwcu 2010 roku podczas spotkania Rady Państw Morza Bałtyckiego Sikorski uznał, że takie rozwiązanie zbliżyłoby region do Unii Europejskiej i byłoby korzystne również dla sąsiadów Rosji. "Moglibyśmy rozszerzyć korzyści płynące z porozumienia o ruchu lokalnym na cały Obwód Kaliningradzki. Wierzę, że byłoby to wspaniałą rzeczą dla Rejonu Morza Bałtyckiego, Litwy, Polski i Rosji" - oświadczył Sikorski. Na czym miałabym polegać „wspaniałość” projektu,  Sikorski niestety nie sprecyzował. Natomiast w lipcu udał się specjalnie do Kaliningradu, by z lokalnymi gubernatorami omawiać sprawę ruchu bezwizowego.

Warto podkreślić, że gorącym zwolennikiem tego rozwiązania są Niemcy, zabiegając o otwarcie granicy z Kaliningradem na forum UE i podejmując temat przy okazji rozmów z unijnymi partnerami.  Nie jest to rzeczą łatwą, bo wynegocjowana w sierpniu 2010 roku polsko-rosyjska umowa o małym ruchu granicznym jest sprzeczna z prawem unijnym. Zakłada ono bowiem, że państwa UE mogą zawierać umowy dotyczące zewnętrznych granic lądowych, w których szerokość pasa przygranicznego wynosi od 30 do 50 km, podczas gdy Obwód Kaliningradzki rozciąga się z północy na południe na odległość ponad 100 km. Dla polskiej umowy, przewidującej objęcie ruchem bezwizowym całego obwodu musiałby zatem zostać stworzony wyjątek. Dodatkowym (a niezwykle ważnym) problemem jest fakt, że umowa traktuje obwód jako podmiot prawa międzynarodowego - mimo, iż stanowi on jedynie część terytorium Federacji Rosyjskiej.

Silny sprzeciw wobec otwarcia granicy deklarowała natomiast Litwa, zwracając m.in. uwagę na postępującą militaryzację obwodu, zagrożenie rosyjską przestępczością, zwiększenie liczebności rosyjskiego garnizonu w Kaliningradzie czy lokalizację okrętów wojennych "Mistral". Jeszcze w sierpniu 2010 r. prezydent Litwy Dalia Grybauskaite określiła jako nieprzemyślaną inicjatywę Polski i Rosji, nazywając projekt Sikorskiego „grą Pr-owską”. Grybauskaite przypomniała, że przed rokiem taka idea była rozpatrywana przez Radę Unii Europejskiej i odrzucona przez wszystkie najważniejsze państwa

Właśnie na przykładzie zmiany stanowiska litewskiego, można dostrzec jak mocne jest zaangażowanie Niemiec w projekt kaliningradzki.  Zasadnicza zmiana nastąpiła bowiem po wizycie na Litwę kanclerz Niemiec Angeli Merkel, we wrześniu 2010 roku. W trakcie wizyty Merkel oświadczyła, że „wspierana przez Polskę inicjatywa ruchu bezwizowego dla mieszkańców obwodu kaliningradzkiego może zmierzać w pozytywnym kierunku”, dodając, że rozmawiała z prezydentem Rosji o możliwości ułatwień wizowych dla niektórych grup obywateli rosyjskich. Ta niespodziewana deklaracja została połączona z zapowiedzią niemieckiego poparcia planów budowy nowoczesnej elektrowni atomowej na Litwie. Stara elektrowni atomowa w Ignalinie została wyłączona 31 grudnia 2009 roku. Przy wsparciu funduszy unijnych nowa elektrownia mogłaby zostać wybudowana w ramach wspólnego projektu Litwy, Polski, Łotwy i Estonii do 2018-2020 roku. Tuż po wyjeździe Merkel doszło do spotkania szefów dyplomacji Litwy Audroniusa Ażubalisa i Rosji Siergieja Ławrowa. W następstwie spotkania litewskie MSZ wydało oświadczenie, w którym wyraziło poparcie dla objęcia obwodu kaliningradzkiego umową o bezwizowym ruchu przygranicznym, odnotowując, że jednym ze sposobów uproszczenia warunków podróży dla Rosjan z Kaliningradu jest ponowne rozpatrzenie aktów prawnych z Schengen. Nietrudno dostrzec, jaką cenę zapłacono za wygaszenie sprzeciwu Litwy.

Mocne zaangażowanie Niemiec w rosyjski projekt powinno prowokować do stawiania pytań o intencje osi Moskwa-Berlin. Zdaniem zmarłego przed kilkoma miesiącami historyka prof. Pawła Wieczorkiewicza u podstaw projektu mogła leżeć myśl, by Obwód Kaliningradzki w perspektywie najbliższych 10-20 lat wrócił do niemieckiej macierzy, stając się symbolem głębokiego sojuszu rosyjsko-niemieckiego. Powrót do koncepcji Prus Wschodnich wywołałby zapewne konflikt polsko-niemiecki, przyjęty przez Kreml z zadowoleniem. Jeśli nawet dziś trudno sobie wyobrazić, by Niemcy wyrażali entuzjazm dla przyjęcia kilkuset tysięcy Rosjan, to dzięki otwarciu granicy z Polską sprawa może wyglądać zupełnie inaczej za kilka, kilkanaście lat. Przez ten okres, dzięki inwestycjom UE Obwód Kaliningradzki przekształci się w rodzaj „euroregionu” pod niemiecko-rosyjskim protektoratem. Pozostając oficjalnie pod władzą Rosji chłonąłby niemiecki kapitał, dając w zamian dostęp do rynku rosyjskiego i stając się głównym narzędziem w umacnianiu politycznego znaczenia Niemiec w tym regionie.  Nie może zatem dziwić, że pomysł ten jest aktywnie wspierany przez związek „wypędzonych” z Prus Wschodnich i należy do priorytetów polityki Angeli Merkel.

We wspólne plany osi Moskwa-Berlin wpisuje się również projekt budowy linii kolei magnetycznej, która miałaby połączyć Berlin z Moskwą biegnąc przez terytorium Białorusi i Polski. Obok torów ma być też ułożony gazociąg. W inwestycję chce zaangażować się Gazprom. Ponieważ zdaniem ekspertów, budowa tego typu linii kolejowej jest nieopłacalna, należy w niej widzieć projekt polityczny zmierzający do ustanowienia kolejnego (obok gazociągu Jamał) eksterytorialnego korytarza do Niemiec i Europy Zachodniej.

Mogłoby się wydawać, że entuzjazm polskiej dyplomacji we wspieraniu integracyjnych dążeń rosyjsko-niemieckich osłabnie po niedawnej informacji o rozmieszczeniu w Obwodzie Kaliningradzkim zastawów rakiet Iskander. Jeszcze we wrześniu 2009 roku podczas szczytu G20 w Pittsburghu prezydent Rosji Miedwiediew zapewniał, że jego kraj nie rozmieści rakiet taktycznych w graniczącym z Polską obwodzie. Deklaracje tej treści Miedwiediew złożył po tym, jak Stanu Zjednoczone wycofały się z rozmieszczenia elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. „Mając na uwadze, że decyzja ta (USA) została uchylona, ja - naturalnie - podejmę decyzję o nieinstalowaniu rakiet Iskander w odpowiednim regionie naszego kraju” – zapewnił wówczas Miedwiediew. W lutym 2010 roku taką samą deklarację złożył minister obrony Rosji Anatolij Sierdiukow.

Choć od tego czasu sytuacja nie uległa zmianie i w Polsce nie pojawiły się elementy tarczy antyrakietowej, Rosjanie łamią dane obietnice i wprost zapowiadają rozmieszczenie Iskanderów w Obwodzie Kaliningradzkim. Ponieważ parametry techniczne tego typu rakiet balistycznych pozwalają nie tylko na konwencjonalne uderzenie, ale także przenoszenie głowic jądrowych, a zasięg Iskanderów wynosi 500 km, ich  dyslokacja w pobliżu polskiej granicy oznacza, że niemal cały obszar Polski znajdzie się w zasięgu rakietowych sił uderzeniowych Federacji Rosyjskiej.

Ten wrogi akt nie ma wpływu na entuzjazm grupy rządzącej i pomysł otwarcia granicy z obwodem nadal jest mocno forsowany przez dyplomację Sikorskiego. Jarosław Bartkiewicz – dyrektor Departamentu Wschodniego MSZ w niedawnej wypowiedzi dla brytyjskiego „The Telegraph” odnosząc się do obaw, że ruch bezwizowy przyczyni się do importu rosyjskiej przestępczości, wzrostu przemytu i umożliwi łatwiejszą penetracje państw UE przez służby rosyjskie stwierdził: „Europa powinna być bardziej ufna w nasze możliwości zapewnienia szczelności granic” i uznał, że rosyjski przemyt sprowadza się do "ludzi z dwiema butelkami wódki w kieszeniach, a otwarcie granicy z Kaliningradem nie będzie miało żadnego wpływu na Londyn czy Paryż". Niepoważną wypowiedź polskiego urzędnika gazeta skomentowała przypomnieniem, że według szacunków Komisji Europejskiej 10 procent wszystkich papierosów sprzedawanych w UE, to kontrabanda z Rosji i Ukrainy,  a kraje UE tracą około 8,5 mld funtów  podatków z powodu nielegalnego handlu.

W oficjalnych wypowiedziach polskich polityków  próżno szukać choćby jednego, racjonalnego argumentu na uzasadnienie „wspaniałości” umowy o ruchu bezwizowym z Obwodem Kaliningradzkim. Nie wiemy – z jakich powodów wpuszczenie do Polski tysięcy Rosjan miałoby przynieść korzyści regionom graniczącym z obwodem, a tym bardziej, co dobrego z otwarcia miałaby uzyskać Polska? Istnieją natomiast całkiem realne i poważne zagrożenia, o których nikt Polaków nie informuje.

"Ten region jest jedną wielką katastrofą. Zatrucie środowiska i przestępczość są najwyższe w całej Rosji, władza jest w kieszeni mafii, liczba zarażonych gruźlicą i HIV - najwyższa w Europie." – mówił  w roku 2003 o Kaliningradzie Elmar Brok, szef Komisji Zagranicznej Parlamentu Europejskiego, podczas debaty w Strasburgu. "Tam występuje prawie każdy problem, jaki można sobie wyobrazić, z odpadami atomowymi włącznie" – komentował wówczas premier Szwecji Göran Persson. Katastrofalny stan Obwodu Kaliningradzkiego potwierdzają również dane WHO: odsetek zachorowań na gruźlicę jest o 33,6 proc. wyższy od średniej w Rosji, choć i tak Federacja należy do rekordzistów. Liczba zarażeń dzieci tą chorobą proporcjonalnie do liczby mieszkańców jest ponad czterokrotnie większa, a mężczyźni dożywają tam średnio 59 lat, co stanowi jedną z najniższych przeciętnych na świecie. W Kaliningradzie popełnianych jest 252 przestępstw na 10 tys. mieszkańców, z narkotyków żyje 20 tys. osób, kilkakrotnie więcej z prostytucji, zaś z drobnymi kradzieżami trudni się ponad 2 tys. „dzieci ulicy”. Przed kilku laty Aleksander Kulikow podsumował w regionalnej Dumie: "Przestępcy kontrolują 60 proc. państwowych instytucji, 80 proc. banków i większość prywatnych przedsiębiorstw, a obroty tych firm wzrosły w ciągu pięciu lat aż siedemnastokrotnie".

Jak szacują zachodni eksperci w obwodzie może znajdować się ok. 100 tys. rosyjskich żołnierzy, niektóre polskie publikacje podają liczbę nawet 200 tys. Ta olbrzymia koncentracja ludzi i sprzętu - w każdych warunkach - stanowi zagrożenie. Zagrożenie wielorakie, nie tylko wojskowe. „Nie ma co się bać lotnictwa w Kaliningradzie, tylko bardzo wysokiego tam wskaźnika AIDS albo tego, że nieopłacani i wzburzeni żołnierze zawsze mają karabiny” – stwierdził przed laty pewien wojskowy specjalista.

Trudno przypuszczać, by grupa rządząca Polską nie wiedziała, że otwarcie granicy z Kaliningradem (w praktyce z całym obszarem Rosji) spowoduje u nas ogromny wzrost przestępczości mafii rosyjskiej, może wywołać zagrożenia epidemiologiczne i sprawi, że III RP zostanie wykorzystana jako obszar tranzytowy służący migracji Rosjan w głąb kontynentu europejskiego.  Przyczyni się również do osłabienia zdolności obronnych państwa, choć akurat ten czynnik zdaje się nie mieć większego znaczenia dla rządzących. Wbrew logice i strategii wojskowej nakazującej wzmocnienie potencjału obronnego na tym obszarze, dowództwo polskiej armii wydało na początku października 2010 roku decyzję o przyspieszeniu likwidacji jednostek wojskowych przy całej wschodniej granicy. Sztab Generalny tłumaczył to „względami operacyjnymi”. W ten sam sposób zdecydowano o drastycznym zmniejszeniu stanu osobowego w 14. Pułku Artylerii Przeciwpancernej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Suwałkach.

Projekt  otwarcia granicy z Kaliningradem niesie dla Polski szereg zagrożeń politycznych i nie pozostanie bez wpływu na naszą przyszłość. Jest dziś najgroźniejszym ze wszystkich dotychczasowych pomysłów  grupy rządzącej. Jego realizacja to tylko kwestia czasu i można mieć pewność, że polska prezydencja w UE zostanie wykorzystana głównie w tym kierunku.

Rząd Tuska w ogóle nie informuje Polaków o  konsekwencjach swojej obłędnej polityki, uznając najwyraźniej, że „pojednanie” polsko-rosyjskie zawarte nad trumnami ofiar Smoleńska uzasadnia każdą głupotę i niegodziwość W tej koncepcji, grupa rządząca ma pełnić rolę adwokata putinowskich planów i zadbać o ich realizację na forum UE. Istota tych wzajemnych relacji polega na całkowitym braku partnerstwa i na niemożności zdefiniowania korzyści, jakie miałaby odnieść Polska z roli wyznaczonej przez Kreml. Jest to szczególnie widoczne w przypadku forsowania pomysłu o ruchu bezwizowym z Obwodem Kaliningradzkim, gdzie bilans potencjalnych strat i zagrożeń powinien alarmować i skłaniać do sprzeciwu.  Katastrofą byłaby również odbudowa wpływów niemieckich w Prusach Wschodnich i wzmocnienie (istniejących już) dążeń integracyjnych. W samym Kaliningradzie patronuje im „Bałtycka Partia Republikańska”, wobec której Rosjanie wykazują zadziwiającą pobłażliwość.

Nie trzeba przypominać, że wszelkie koncepcje polityczne ustanawiające ścisłą współpracę na osi Moskwa-Berlin, kończyły się tragicznie dla Polski. Dla obu tych państw jesteśmy tylko krajem tranzytowym i tę rolę Polski podkreślają wspólne plany i inwestycje rosyjsko-niemieckie. Nie ma w nich miejsca na silne i niezależne państwo, leżące między Odrą a Bugiem. Dlatego, im ściślejszy będzie sojusz naszych sąsiadów, tym słabsza pozycja Polski i bardziej realne zagrożenie naszej suwerenności. Jeśli Kaliningrad - Królewiec ma stać się symbolem odbudowy relacji rosyjsko-niemieckich, wspieranie pomysłu otwarcia granicy wydaje się szaleństwem z punktu widzenia polskich interesów, zaś realizowana z determinacją przez rząd Tuska polityka „usuwania przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich” jest dla nas zabójcza. Ostatnią przeszkodą na tej drodze może być państwo polskie, a jej usunięciem -  wykreślenie Polski z mapy Europy.

Śledź(0)

Adres śledzenia tego komentarza

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS tego komentarza

Napisz komentarz

mniejsze | większe

busy

Publicystyka