Rok gorących stołków | Polska

Polityka - Polska

AddThis Social Bookmark Button

fot. za naszapolska.plPolityczne podsumowanie roku 2013: kto został wyrzucony, a kto sam uciekł z tonącego okrętu władzy?

Mijający rok w polskiej polityce przyniósł ważny przełom psychologiczny: od wielu miesięcy liderem sondaży jest PiS, coraz bardziej dystansujący PO. Rosnące poparcie dla prawicowej opozycji potwierdziły wyniki wyborów w Rybniku, Elblągu i na Podkarpaciu, choć referendum warszawskie pokazało, że i Platforma ma jeszcze swoje bastiony. Politycznego podsumowania mijającego roku warto jednak dokonać w kontekście personalnym – coraz głębszych i coraz szybszych przetasowań w obozie władzy. Dlatego przypominamy najważniejsze decyzje kadrowe ostatnich dwunastu miesięcy, które układają się w wyraźny obraz kryzysu ekipy rządzącej. Tak wielu dymisji w tak krótkim czasie nie było już dawno. Czasem były to dymisje dobrowolne, częściej – wymuszone aferami, skandalami lub zwykłą nieudolnością.

Tomasz Arabski – odejście w lutym wieloletniego szefa Kancelarii Premiera Tuska nastąpiło w iście PRL-owskim stylu: jeden z najwyższych dygnitarzy rządowych postanowił zostać ambasadorem w Hiszpanii, gdzie akurat zwolniła się posada, bo ulubieniec ministra Sikorskiego, Ryszard Schnepf, został wysłany do Waszyngtonu. Sam Arabski swój wyjazd tłumaczył ponoć chęcią bliższego kontaktu z rodziną, którą – pracując w Warszawie – pozostawił w Gdańsku, lecz trudno nie zauważyć, że umknął też przed zarzutami dotyczącymi katastrofy smoleńskiej – jako główny organizator tej tragicznej podróży, a po 10 kwietnia 2010 r. koordynator działań administracji rządowej.

Krzysztof Bondaryk – szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego przetrwał na tym stanowisku całe 5 lat, awansując po drodze na generała, i nie zaszkodziły mu żadne skandale: czy to związane z działalnością tej największej służby specjalnej, czy z jego osobistym majątkiem. A tu niespodziewanie na samym początku roku obwieszczono dymisję Bondaryka i do dziś ani on sam, ani jego przełożeni nie wyjaśnili, jakie były jej powody. Tym bardziej że zaraz po odejściu z ABW generał został doradcą ministra obrony ds. bezpieczeństwa cybernetycznego i pełnomocnikiem ds. tworzenia Narodowego Centrum Kryptologii, czyli pozostał w ścisłym kręgu władzy.

Michał Boni – jeszcze do niedawna prorządowe media przedstawiały go jako “główny mózg” ekipy Tuska, jedynego wizjonera snującego strategie dla Polski na kolejne dziesięciolecia. Ale gdy po drugim zwycięstwie wyborczym PO Boni został szefem specjalnie dlań utworzonego Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, szybko okazało się, że poza gadaniem i publikowaniem stosów grafomanii niewiele potrafi. Jego niedawnemu odejściu z rządu towarzyszyły komentarze tych samych mediów, że “nie sprawdził się” w roli ministra, co jednak nie przeszkodzi mu w otrzymaniu eksponowanego miejsca na liście wyborczej do Europarlamentu. Motywacja Boniego jest zresztą jasna: w Komisji Europejskiej w Brukseli pracuje jego najnowsza, trzecia już żona, więc chciałby być blisko niej. Z pewnością umożliwi mu to premier Tusk, któremu Boni nadal się podlizuje, wysławiając go w wywiadach jako wybitnego przywódcę.

Mikołaj Budzanowski – w kwietniu runęła nagle błyskotliwa kariera młodego ministra skarbu, doktora archeologii z UJ, który miał zapewnić Tuskowi sukces w wydobyciu gazu łupkowego, a nie potrafił dopilnować zwykłego gazu – tego, który płynie do nas z Rosji. Okazało się bowiem, że Budzanowski – podobnie zresztą jak sam premier – został zaskoczony podpisaniem w Sankt Petersburgu polsko-rosyjskiego memorandum w sprawie budowy gazociągu z Białorusi przez Polskę na Słowację. Ta sama sprawa kosztowała też stanowisko Grażynę Piotrowską-Oliwę, którą Budzanowski wylansował na prezesa PGNiG. Sam były minister szybko dał sobie radę: już w lipcu został wiceprezesem Boryszewa – spółki kontrolowanej przez jednego z najbogatszych Polaków, Romana Karkosika.

Jarosław Gowin – jako minister sprawiedliwości rozpoczął deregulację dostępu do zawodów, zlikwidował 79 sądów rejonowych, wywołując przy okazji małą wojnę Platformy z PSL, sprzeciwił się premierowi w sprawie tzw. związków partnerskich, aż w końcu stracił stanowisko, i to z dość błahego powodu: medialnej wypowiedzi na temat eksperymentów na polskich zarodkach, jakie dokonuje się w Niemczech. Odwołując Gowina pod koniec kwietnia, Tusk otworzył mu drogę do kandydowania w wyborach na szefa PO. Krakowski polityk otrzymał zadziwiająco dobry wynik (20 proc. głosów), którego jednak nie potrafił wykorzystać w ramach Platformy. Na początku września wystąpił z partii, pociągając za sobą zaledwie dwóch innych posłów. Własne ugrupowanie założył dopiero trzy miesiące później.

Marian Janicki – były kierowca prezydenta Wałęsy stał na czele Biura Ochrony Rządu od początku rządów Tuska, ale w marcu niespodziewanie podał się do dymisji. Nastąpiło to w równie tajemniczych okolicznościach, jak odejście Krzysztofa Bondaryka z ABW, tym bardziej że i Janicki całkiem niedawno awansował – do stopnia generała dywizji. Trudno uwierzyć, że zmiana na tym stanowisku nie miała związku z zaniechaniami BOR, które mogły doprowadzić do katastrofy smoleńskiej. Tym bardziej że kilka miesięcy wcześniej prokuratura postawiła zarzuty niedopełnienia obowiązków zastępcy Janickiego, gen. Pawłowi Bielawnemu, co jednak powszechnie odebrano jako znalezienie “kozła ofiarnego”, tym bardziej że w opinii dla prokuratury biegli wytknęli BOR o wiele więcej zaniedbań, które miały się przyczynić do obniżenia bezpieczeństwa lotu do Smoleńska. W odpowiedzi na te zarzuty Janicki udostępnił prorządowym mediom materiały dotyczące lotu prezydenta Kaczyńskiego do Katynia w 2007 r., mające udowodnić, że poziom bezpieczeństwa tamtej wizyty (organizowanej za rządów PiS) był znacznie niższy niż w 2010 r.

Mirosław Karapyta – to jedyny ważny polityk PSL i zarazem jedyny marszałek województwa, który stracił stanowisko w mijającym roku, ale konsekwencje tej dymisji okazały się dalekosiężne dla całej sceny politycznej. Karapyta od 2007 r. był wojewodą podkarpackim, zaś od 2010 r. marszałkiem – dzięki lokalnej koalicji PO-PSL-SLD, która odsunęła od władzy PiS. Jednak w kwietniu został zatrzymany, a prokuratura postawiła mu siedem zarzutów korupcyjnych. Miesiąc później został odwołany, ale dwóch radnych sejmiku ze wspierającej go dotąd koalicji poparło kandydata PiS i w ten sposób prawica odzyskała władzę na Podkarpaciu. A ponieważ nowym marszałkiem został dotychczasowy senator, trzeba było rozpisać wybory uzupełniające, które przyniosły druzgocące zwycięstwo kolejnemu kandydatowi PiS.

Krzysztof Kilian – listopadowa dymisja prezesa Polskiej Grupy Energetycznej – największego producenta energii elektrycznej w naszym kraju – była sporym zaskoczeniem. Pełniący tę funkcję od marca 2012 r. Krzysztof Kilian należał bowiem do grona najbliższych współpracowników i przyjaciół premiera Tuska, z którym niegdyś współtworzył KLD. W swojej karierze Kilian był już szefem gabinetu ministra Janusza Lewandowskiego, dyrektorem generalnym URM u boku premiera Bieleckiego, ministrem łączności w rządzie Suchockiej, wiceprezesem Polkomtela. Jego przejście do PGE wiązano m.in. z planami budowy elektrowni atomowej, ale między premierem a prezesem z czasem doszło do konfliktu wokół inwestycji tej spółki. Chodziło zwłaszcza o rozbudowę elektrowni Opole, publicznie obiecaną przez Tuska, a kwestionowaną przez Kiliana z punktu widzenia opłacalności.

Marcin Korolec – minister środowiska dowiedział się o swojej dymisji w momencie, gdy przewodniczył szczytowi klimatycznemu na Stadionie Narodowym w Warszawie, co uczyniło tę imprezę jeszcze bardziej groteskową. Czarne chmury nad Korolcem zbierały się zresztą od dawna, właściwie od początku, miał bowiem “niewłaściwy” życiorys (był wiceministrem gospodarki w rządzie PiS) i otaczał się “niewłaściwymi” ludźmi (np. jego zastępcą był Piotr Woźniak, PiS-owski minister gospodarki). Korolec – podobnie jak Budzanowski – został awansowany dwa lata temu głównie ze względu na plany wydobycia gazu łupkowego, ale już na samym początku jego urzędowania w ministerstwie zatrzymano urzędników, którzy mieli przyjmować łapówki za załatwianie koncesji na poszukiwanie tego gazu. Do tego doszła nieszczęsna ustawa śmieciowa, która obowiązuje od lipca, i choć Korolec nie był jej autorem, to przyszło mu ponieść polityczną odpowiedzialność za jej skutki.

Barbara Kudrycka – minister nauki i szkolnictwa wyższego odeszła w listopadzie, po 6 latach “reformowania” polskich uczelni i instytutów. Jej pomysły i działania wywołały protesty dużej części środowiska naukowo-akademickiego, a polityczne pogróżki Kudryckiej (wobec autora i promotorów biografii Wałęsy czy profesorów angażujących się w badanie katastrofy smoleńskiej) świadczyły o tym, jak traktuje autonomię szkół wyższych. Dlatego sama wolała odejść, zapewniając sobie u premiera miejsce na liście wyborczej do Europarlamentu, gdzie zasiadała przed objęciem funkcji ministra.

Joanna Mucha – powołanie młodej i ładnej posłanki na ministra sportu było prawdziwym szokiem, tym bardziej że nigdy nie zajmowała się tą dziedziną. Szybko okazało się, iż nie ma pojęcia o sporcie, co potwierdzały jej kolejne wpadki. Ale co gorsza, zaczęła traktować resort jak prywatny folwark, np. mianując swojego fryzjera wicedyrektorem Centralnego Ośrodka Sportu. Dwa lata jej urzędowania niczego pozytywnego nie przyniosły i tylko potwierdziły, że istnienie takiego ministerstwa nie ma żadnego sensu. Niestety, premier Tusk panią Muchę odwołał, ale resort utrzymał, obsadzając go kolejnym partyjnym kolegą.

Janusz Nosek – wrześniowa dymisja szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego była skutkiem bardzo tajemniczego konfliktu wokół wiceministra obrony Waldemara Skrzypczaka. Wydaje się jednak, że generał Nosek prędzej czy później i tak zostałby odwołany, bo należał do ekipy Bogdana Klicha i obecny minister Tomasz Siemoniak nie miał kontroli nad działaniami SKW. Noska obciążało wiele skandalicznych spraw, m.in. nieprofesjonalne działania kontrwywiadu w sprawie katastrofy smoleńskiej, libacje alkoholowe organizowane w lokalach SKW, inwigilowanie polityków opozycji, a przede wszystkim podana w maju informacja, że prezydent Putin polecił rosyjskiej Federalnej Służbie Bezpieczeństwa zawarcie porozumienia o współpracy z polskim SKW (choć FSB to służba cywilna, której odpowiednikiem jest ABW).

Sławomir Nowak – dymisję ministra transportu wymusiła w połowie listopada prokuratura, informując o zamiarze wystąpienia o uchylenie mu immunitetu w celu przedstawienia zarzutów związanych z nieprawidłowościami w oświadczeniach majątkowych. Chodziło o sławny zegarek Nowaka, którego pochodzenia minister nie potrafił udowodnić, a który – według tygodnika “Wprost” – miał pochodzić od znajomych biznesmenów zarabiających na kontraktach z państwowymi firmami. Co prawda premier, odwołując Nowaka, wyraził nadzieję, że sprawa zostanie szybko wyjaśniona i będzie mógł wrócić do współpracy z byłym ministrem, ale już kilka dni później zlikwidował jego resort. Nowakowi, który jest politycznym wychowankiem Tuska i należał do grona jego najbliższych współpracowników, pozostało jeszcze stanowisko szefa pomorskiej Platformy, ale jak długo – to zależy tylko od premiera.

Jacek Rostowski – importowany z Londynu minister finansów, pełniący ten urząd najdłużej w III RP, przeżył w tym roku swój wzlot i upadek. Jeszcze w lutym otrzymał funkcję wicepremiera, a 9 miesięcy później odszedł z rządu. Było to skutkiem bankructwa jego polityki, która doprowadziła do załamania się finansów publicznych, co wyszło na jaw w lipcu, gdy okazało się, że w kasie państwa zabraknie w tym roku 24 mld zł (przy planowanym pierwotnie deficycie w wysokości 35,6 mld zł). Budżet trzeba było szybko nowelizować, zawieszając przy tym obowiązywanie pierwszego z tzw. progów ostrożnościowych, uniemożliwiających bezkarne zadłużanie państwa. Ostatecznie podważyło to wiarygodność Rostowskiego jako ojca “zielonej wyspy”, w dodatku uwikłanego w konflikt wokół OFE, skąd także mają pochodzić pieniądze ratujące finanse państwa.

Grzegorz Schetyna – byłemu wicepremierowi i marszałkowi Sejmu przez wiele miesięcy wróżono powrót do rządu, a stało się wręcz przeciwnie: Schetyna stracił nawet to, co jeszcze realnie posiadał, czyli władzę nad Platformą na Dolnym Śląsku. Październikowy zjazd regionalny w Karpaczu nieoczekiwanie wygrał protegowany Tuska, Jacek Protasiewicz, a ujawnienie w mediach nagrań świadczących o korumpowaniu delegatów tylko pogorszyło sytuację Schetyny i chyba ostatecznie pogrzebało jego szanse na utrzymanie się w zarządzie PO (choć dotąd był formalnie pierwszym wiceprzewodniczącym partii). Co prawda wśród znaczących polityków Platformy jest jeszcze kilku “schetynowców” (Grupiński, Halicki), ale nie mają oni już większego wpływu na politykę partii.

Waldemar Skrzypczak – były dowódca Wojsk Lądowych utrzymał się na fotelu wiceministra obrony niespełna półtora roku. W resorcie odpowiadał za sprawy uzbrojenia, co siłą rzeczy postawiło go w centrum walki o ogromne pieniądze, jakie można zarobić na zamówieniach dla wojska. Od wielu miesięcy wiarygodność Skrzypczaka była kwestionowana przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, która cofnęła mu certyfikat dostępu do informacji niejawnych. Początkowo premier Tusk i minister Siemoniak wzięli stronę wiceministra i nawet odwołali szefa SKW, ale pod koniec listopada “Gazeta Wyborcza” ujawniła list Skrzypczaka do izraelskiego ministerstwa obrony, w którym pojawiła się nazwa jednego z producentów samolotów bezzałogowych. Po tej publikacji, zarzucającej mu faworyzowanie konkretnej firmy, wiceminister podał się do dymisji. Sam jednak twierdzi, że padł ofiarą służb specjalnych i lobbingu koncernów zbrojeniowych.

Krystyna Szumilas – dwuletnie urzędowanie minister edukacji, która wcześniej przez 4 lata była zastępczynią Katarzyny Hall, upłynęło pod znakiem walki o obniżenie wieku szkolnego. Już na początku swojego urzędowania pani Szumilas przeforsowała w Sejmie przesunięcie wprowadzenia obowiązku szkolnego dla 6-latków, ale nie uspokoiło to coraz liczniejszej grupy zaniepokojonych rodziców, którzy zdołali zebrać prawie milion podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie (a także w kilku innych, najważniejszych kwestiach dotyczących oświaty). Wniosek został odrzucony w Sejmie przez koalicję rządową na początku listopada, co jednak nie uratowało pani minister, skonfliktowanej nie tylko z rodzicami, ale i ze środowiskiem nauczycielskim (wokół planów zmian w Karcie Nauczyciela).

 

Paweł Siergiejczyk

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Nasza Polska" Nr 51 (946) z 17 grudnia 2013 r.

 

Śledź(0)

Adres śledzenia tego komentarza

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS tego komentarza

Napisz komentarz

mniejsze | większe

busy

Publicystyka