Na szczytach Unii Europejskiej kanclerz Merkel może zapytać Donalda Tuska najwyżej o pogodę w Polsce, a prezydent Sarkozy o godzinę. O stanowisko Polski w jakiejkolwiek sprawie nie zapyta nikt, bo jest ono znane z góry: Warszawa mazawsze w praktyce takie samo zdanie jak Berlin.
Tusk jest mocny. Ale tylko w gębie. I w sondażach – choć w tych już jego pozycja spada, a dystans między nim a Komorowskim wyraźnie się zwiększa. Nasz premier jest przeraźliwie słaby na arenie międzynarodowej. W Europie mało kto z nim się liczy, a na świecie praktycznie już nikt.
Uściślijmy: z dużych graczy w samej Unii Europejskiej nie ma przywódcy, który by z premierem III RP cokolwiek konsultował. Mowa o realnych konsultacjach i ustaleniach, a nie o propagandowych ustawkach przedwyborczych. O ile śp. prezydent Kaczyński czy premier Kaczyński wzbudzali czasem spore emocje, przy tym zawsze respekt, to lider PO generuje na Zachodzie czy Wschodzie politowanie i lekceważenie. W polityce europejskiej Donald Tusk jest faktycznie Mr Nobody, czyli Panem Nikim. Na szczytach UE kanclerz Merkel zapytać go może najwyżej o pogodę w Polsce, a prezydent Sarkozy o godzinę. O stanowisko Polski nie zapyta nikt, bo jest ono znane z góry: Warszawa ma zawsze w praktyce takie samo zdanie (finalnie) jak Berlin.
Donald powtarza za Angelą, jak za panią matką, wszystkie deklaracje dotyczące przyszłości Unii, relacji z Rosją itd. Tyle że te deklaracje w ogóle nie uwzględniają polskiego interesu narodowego. Tak jakby go nie było czy też wyrażał się wyłącznie w zgadzaniu się we wszystkim z Berlinem (Brukselą itd). Jest to jednak relacja jednokierunkowa, bo Polska na wzajemność Niemiec liczyć nie może.
Merkel zachowuje się zgodnie z maksymą Józefa Piłsudskiego: „brać, ale nie kwitować”. To za kadencji premiera z Platformy rząd RFN podjął decyzję o budowie w Berlinie rewizjonistycznego muzeum wypędzonych (skądinąd ciekawe, że o Polakach wygnanych z Kresów Wschodnich mówi się „repatrianci”, a o Niemcach, którzy rozpoczęli II wojnę i w jej rezultacie, decyzją aliantów, opuścili obecne terytorium Polski i Czech – „wypędzeni”).
To za czasów premiera Tuska w staraniach Polski (oczywiście zainicjowanej przez rząd PiS-u) o przyznanie nam siedziby Europejskiego Instytutu Technologicznego Berlin w ostatecznej, finałowej rozgrywce poparł Budapeszt, a nie Wrocław. Kanclerz Merkel może poklepywać Donalda Tuska i po lewym i po prawym ramieniu, ale w sprawie pakietu klimatycznego nie poparła naszych postulatów, lecz porozumiała się z Paryżem i Londynem. W rezultacie Polski podatnik będzie długie lata wypruwał sobie żyły, żeby sprostać drastycznym – z punktu widzenia naszej gospodarki – wymaganiom paktu.
Skądinąd z paktem klimatycznym było identycznie jak z paktem fiskalnym: najpierw rząd PO-PSL ogłosił go jako wielki sukces, by potem wycofać się z tego rakiem i z podkulonym ogonem. Wreszcie – przypomnijmy – to w czasie rządów Tuska Niemcy ponad głowami Polski porozumiały się z Rosją co do Gazociągu Północnego. To, co dla ministra w rządzie PiS Radka Sikorskiego było nowym paktem Ribbentrop-Mołotow, to dla tego samego ministra w rządzie PO było już całkiem OK. Dla jego szefa – jak wiemy – również.
To tylko najbardziej spektakularne przykłady, jak bardzo Merkel nie liczy się z Tuskiem, mimo że ten od razu po wygranych w 2007 r. wyborach ogłosił nową erę w relacjach polsko-niemieckich. Erę rzekomo bardziej dla nas efektywną niż za „okropnych” rządów Kaczyńskich.
Ale przecież nie tylko jawnie lekceważący stosunek niemieckiej kanclerz do polskiego premiera jest przykładem, jak bardzo mało znaczy osobiście w Europie Donald Tusk i jak niewiele, niestety, liczą się z Polską pod jego rządami na Starym Kontynencie. Skandaliczne publiczne połajanki, na które pozwolił sobie prezydent Sarkozy na pierwszym szczycie w Brukseli podczas francuskiej prezydencji 3,5 roku temu, dowodzą, że przedstawiany w prorządowej propagandzie w Polsce jako mąż stanu polityk PO jest gościem, którego publicznie można skarcić jak sztubaka.
Premier Donald Tusk nie dostał ani czarnych skrzynek, ani wraku samolotu Tu-154 pewnie nie tylko dlatego, że ich nie zażądał, ale także dlatego, że Rosja w osobie Putina ma go za nic. Czy pamiętamy szczyt ekonomiczny w szwajcarskim Davos, na którym doszło do audiencji premiera III RP u przywódcy Federacji Rosyjskiej? Rozparty Władimir Putin patrzył na szefa rządu z Warszawy siedzącego na brzeżku fotela, chyba przerażonego faktem tej rozmowy, z mieszaniną pogardy i politowania.
A czy może przypadkiem swojej decyzji o niewejściu do paktu fiskalnego premier Republiki Czeskiej Petr Nečas w ogóle nie skonsultował z najbliższym i najsilniejszym w Grupie Wyszehradzkiej sąsiadem tego kraju, czyli z Polską? Ale o czym tu gadać z Tuskiem? Szybciej będzie rozmawiał z Frau Merkel.
Może wreszcie warto i to w końcu ujawnić.
Gdy Tusk był jeszcze liderem opozycji, odbyła się rozmowa śp. prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z kanclerz Angelą Merkel. Chodziło o ratyfikację traktatu lizbońskiego i próbę utargowania przez polską głowę państwa jakichś z tego tytułu korzyści dla naszego kraju. Gdy prezydent podkreślił, że musi wynegocjować taki kształt traktatu, który byłby do zaakceptowania przez opozycję i jej ówczesnego lidera, niemiecka kanclerz odpowiedziała wprost, nie bawiąc się w dyplomację: „To ja już biorę na siebie”... Cóż, widać, kto ma najlepsze przełożenie na Donalda Tuska.
Ujawniam to dziś, bo pewne rzeczy należy nazywać po imieniu