W tym roku szkolnym rodzice sześciolatków sami jeszcze zadecydowali o tym, czy chcą posłać swoje dzieci do pierwszej klasy, czy też nie. Kończy się jednak trzyletni okres pilotażowy poprzedzający wprowadzenie obowiązku szkolnego dla dzieci w tym wieku. To oznacza, że od następnego roku rodzice zostaną pozbawieni prawa wyboru. Jak pokazuje ciesząca się ogromnym poparciem akcja "Ratuj Maluchy", zorganizowana przez Stowarzyszenie i Fundację Rzecznik Praw Rodziców, oraz badania opinii publicznej, Polacy w zdecydowanej większości są przeciwni zmianom proponowanym przez ministerstwo edukacji prowadzącym do obniżenia wieku szkolnego. Czy uda się je powstrzymać?
Krytycznie o pomyśle zabrania sześciolatkom jednego roku z ich dzieciństwa wypowiadają się rodzice, którzy jeszcze w tym roku skorzystali z przysługującego im prawa wyboru i nie posłali swoich dzieci do pierwszej klasy. Co istotne, zrobiła tak zdecydowana większość.
Pani Sylwia, mama sześcioletniej Weroniki, jest przekonana, że dzieci w tym wieku nie są jeszcze gotowe emocjonalnie na rozpoczęcie nauki w szkole. - Już sama zmiana przedszkola na szkołę jest dla nich ogromnym stresem - zauważa. Z tego też powodu posłała swoją córkę do zerówki. - To dobry czas na to, żeby córka oswoiła się z nowym miejscem i zaadaptowała w nim, a także przyzwyczaiła do nowych obowiązków, do innej formy nauki, choćby do tego, że podczas lekcji siedzi się w ławce czy że trzeba odrabiać pracę domową - uzasadnia. Pani Sylwia uważa, że systemowe przyspieszanie rozwoju i edukacji małych dzieci bez brania pod uwagę fatalnych konsekwencji, jakie to może ze sobą nieść, to złe rozwiązanie. Swoją opinię podpiera pewnym przykrym doświadczeniem z tym związanym. - Wraz z mężem byliśmy zmuszeni posłać dziecko do przedszkola już w wieku dwóch lat, co było dla niego wstrząsem i odbiło się negatywnie na całym jego pobycie w tej placówce. Córka długo nie mogła się tam odnaleźć, bo po prostu nie była na to jeszcze gotowa. Nie chcemy, by ta sytuacja powtórzyła się w szkole - argumentuje.
Te spostrzeżenia podzielają również specjaliści. - Nauka w szkole to nauka konwencji, nowych obowiązków, określony czas godziny lekcyjnej - zwraca uwagę Marlena Świdrowska, psycholog i pedagog. Sami nauczyciele wskazują na duże różnice w pracy z dziećmi posłanymi rok wcześniej do szkoły. - 6 lat w rozwoju dziecka to tzw. okres przedszkolny, w którym dominuje myślenie przedoperacyjne, co oznacza, że dziecko nie jest w stanie sobie poradzić z wykonywaniem operacji logicznych potrzebnych w nauce szkolnej - zaznacza psycholog.
Marlena Świdrowska wskazuje na mogące wyniknąć z tego stanu rzeczy negatywne konsekwencje dla dziecka. - Pomimo znanego zjawiska akceleracji rozwoju i intensywnej stymulacji dzieci w wieku przedszkolnym istnieje obawa, że przedszkolak, który dotychczas uczył się przede wszystkim przez zabawę, w ławie szkolnej będzie przemęczony i zniechęcony - podkreśla. Sześciolatki w pierwszej klasie determinują również sposób prowadzenia lekcji przez nauczyciela. - Z punktu widzenia szkoły przedszkolak w pierwszej klasie to inna dynamika procesu uczenia. To z kolei stwarza ryzyko, że większa niż obecnie część dzieci z wrażliwszą konstrukcją psychiczną będzie diagnozowana jako dzieci z trudnościami w zachowaniu lub uczeniu się - przestrzega psycholog. Również nauczyciel musi podejmować dodatkowy wysiłek, aby osiągnąć skupienie i koncentrację takiego dziecka podczas godziny lekcyjnej.
Tomasz Elbanowski, prezes Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, podnosi dodatkowo problem, że obecna podstawa programowa jest przeznaczona dla starszych dzieci. - Program w pierwszej klasie przewiduje pełną naukę czytania i pisania, łącznie z wymogiem kaligrafowania. To przekracza możliwości fizjologiczne wielu dzieci, które w wieku sześciu lat nie mają jeszcze dostatecznie wykształconego nadgarstka - argumentuje.
W Sejmie znalazł się obywatelski projekt ustawy oświatowej, który ma zapobiec wprowadzeniu obowiązku szkolnego dla sześciolatków. - Zebraliśmy prawie 350 tysięcy podpisów pod tym projektem - informuje Elbanowski. - Proponujemy dofinansowanie przedszkoli z budżetu państwa. Mamy nadzieję, że będzie to skutkowało zwiększeniem liczby miejsc przedszkolnych - wyjaśnia. Tak duże społeczne poparcie dla złożonego przez stowarzyszenie projektu pokazuje, że ludzie chcą aktywnie włączyć się w zablokowanie ministerialnej reformy, ponieważ widzą jej szkodliwość. Tomasz Elbanowski uważa jednak, że niezależnie od tego, jaka partia obejmie władzę po wyborach, reforma Ministerstwa Edukacji Narodowej nie może wejść w życie, chociażby dlatego, że szkoły w następnym roku nie pomieszczą dwóch roczników naraz. - W tej reformie muszą zostać wprowadzone jakieś zmiany, jednak najlepiej byłoby ją całkowicie wycofać - podsumowuje.
Większość zgłaszających swój sprzeciw wobec ministerialnych pomysłów jako główny argument podnosi stan polskich szkół, które nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków, oraz fakt, że rozpoczęcie nauki w pierwszej klasie to zbyt wygórowane wyzwanie dla dzieci w tym wieku. Skutkiem reformy jest również możliwość likwidacji szkół (szczególnie tych najmniejszych) bez konieczności konsultacji z lokalną społecznością. Prowadzi to do obniżania poziomu oświaty publicznej. Wiele osób, widząc, co się dzieje w szkołach publicznych, po prostu ucieka z nich do prywatnych placówek oświatowych. Świadczy to o degradacji systemu oświaty publicznej w Polsce. Już teraz wielu rodziców jest zmuszanych do posyłania swoich sześcioletnich dzieci do pierwszej klasy, gdyż celowo utrudnia się im dostęp do zerówek. Takie przypadki miały miejsce m.in. w Warszawie i Gdyni.
Rodzice obecnych pięciolatków muszą liczyć się z tym, że pomimo sprzeciwu ich dzieci 1 września 2012 r. rozpoczną naukę w nieprzygotowanych do tego szkołach. Ta perspektywa budzi poważne obawy pani Katarzyny, mamy pięcioletniej Małgosi, która aktywnie włączyła się w akcję zbierania podpisów pod projektem ustawy mającej zablokować reformę przygotowaną przez MEN. - Przeraża mnie to, że państwo traktuje nasze dzieci przedmiotowo, nie biorąc pod uwagę fizycznych i psychologicznych aspektów ich rozwoju - podkreśla. - Moje dziecko zmuszone do pójścia do pierwszej klasy o rok wcześniej będzie realizować program nauczania w krótszym czasie. Jestem tym oburzona - dodaje. Niepokój pani Katarzyny potęgują również obserwacje dotyczące stanu i zasad funkcjonowania publicznych placówek oświatowych, które coraz częściej przypominają przechowalnie dla dzieci, gdzie nikt nie liczy się ze zdaniem rodziców. Dlatego wraz z mężem postanowili zaangażować się w projekt edukacyjny na Śląsku Stowarzyszenia Wspierania Edukacji i Rodziny "Sternik" i pod patronatem tego stowarzyszenia w swoim regionie stworzyć niepubliczne przedszkole oraz szkołę, które będą opierały się na ścisłej współpracy z rodzinami. - Stawiamy na wychowanie w wartościach i zwracamy szczególną uwagę na kształtowanie nawyków i postaw, ponieważ osiąganie dobrych wyników dydaktycznych jest konsekwencją dobrze realizowanego programu wychowawczego. A tego - moim zdaniem - bardzo brakuje w szkolnictwie publicznym. Nie chcemy czekać na ruch ze strony państwa, które nas, rodziny, coraz mniej zauważa, a widzi tylko efekt finalny w takiej postaci, że nasze dzieci wcześniej skończą szkołę, wcześniej pójdą do pracy i będą zarabiać pieniądze - twierdzi pani Katarzyna. Jako lekarz styka się w swojej pracy z osobami, które posłały swoje dzieci rok wcześniej do szkoły i niejednokrotnie bardzo tego żałują. Co gorsza, cofnięcie dziecka w trakcie roku do przedszkola, kiedy nie radzi ono sobie w pierwszej klasie, jest bardzo trudne lub wręcz niemożliwe.
Niepokój rodziców jest bardzo duży, bo widzą, że rząd, wprowadzając reformę oświaty, nie kieruje się dobrem najmłodszych, ale kalkulacjami ekonomicznymi. W sytuacji, kiedy decyzję o wcześniejszym posłaniu dziecka do pierwszej klasy chce podejmować państwo, rodzice walczą o prawo do decydowania, jak ma wyglądać edukacja ich dzieci. Tym bardziej że posłanie dziecka do szkoły rok wcześniej jest możliwe również teraz. - Brak obowiązku to szansa indywidualnego spotkania się z konkretnym dzieckiem i poznania jego potrzeb. Daje możliwość, aby wraz z rodzicami rozeznać, co będzie dla niego najlepsze - podsumowuje pedagog Marlena Świdrowska.
Bogusław Rąpała