Wystarczyło tak niewiele… | Historia

Historia - Historia

AddThis Social Bookmark Button

17 września 1939 armia sowiecka wkroczyła do Polski dokonując wspólnie z Niemcami IV rozbioru. Nz. komdiw Kriwoszyn salutuje niemieckim oficerom, Brześć przed defilada zwycięstwa. Dzień 17 września na zawsze zapisał się w naszej historii kolorem zdrady. Mógł on jednak zapisać się dziejach Europy jako początek drogi do ustanowienia trwałego pokoju i bezpieczeństwa w świecie pod opieką i kontrolą Zachodu.

17 września 1939 roku tocząca się od z górą dwóch tygodni wojna niemiecko-polska weszła w nowe, przełomowe stadium, bo oto realizując warunki traktatu sojuszniczego do rozgrywki włączył się nowy gracz – rankiem zagrzmiały działa nad Renem i wojska francuskie wsparte brytyjskim korpusem ekspedycyjnym uderzyły na Linię Zygfryda. Bój był krótki – linia Zygfryda nie mogła się wszak równać z linią Maginota, a stosunek sił wypadał przytłaczająco na niekorzyść Niemców, którzy trzy tygodnie wcześniej rzucili gros swoich sił do ataku na Polskę, pozostawiając na zachodzie zaledwie dwadzieścia kilka dywizji, w większości drugiej bądź trzeciej klasy (co najwyżej jedna trzecia owych związków taktycznych dorównywała poziomem przygotowania do walki francuskim dywizjom pierwszego rzutu), w dodatku niemal całkowicie pozbawionych ciężkiego sprzętu – przede wszystkim czołgów, których na froncie zachodnim nie było wcale.

Naprzeciw tej pozorowanej obrony Francuzi wystawili realną siłę dziewięćdziesięciu dywizji wspartych bez mała trzema tysiącami pojazdów pancernych oraz około tysiącem samolotów (plus stupięćdziesięciotysięczny brytyjski korpus ekspedycyjny i kilkaset samolotów RAF).

Teoretycznie linia Zygfryda powinna zostać przełamana w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, po czym Niemcy mieli doświadczyć prawdziwego Blitzkriegu – tym razem na własnej skórze. Wojsko francuskie musiało się spieszyć do odległych o sto kilkadziesiąt kilometrów mostów na Renie: w Moguncji, Wormacji i Mannheim. Ich przekroczenie otwierało bowiem prostą drogę na Berlin – drogę, którą zagrodzić mogły jedynie resztki dywizji potrzaskanych w Nadrenii oraz formacje Landswehry.

Niemcy jednak pomimo miażdżącej przewagi aliantów bronili się nader dzielnie, ponadto wysadzili na czas mosty na Renie, Menie oraz pomniejszych rzekach, wskutek czego przełamanie linii Zygfryda potrwało tydzień, marsz zaś przez Nadrenię zajął kolejny tydzień. W tym czasie jednak na dwa najważniejsze niemieckie ośrodki wydobywczo-przemysłowe, czyli Zagłębie Saary i Zagłębie Ruhry codziennie spadał grad anglo-francuskich bomb, natychmiast zaś po przerwaniu frontu to pierwsze znalazło się w rękach aliantów.

Francuzi i Anglicy nie mogli znaleźć odpowiednich słów pochwały dla twórców sieci niemieckich autostrad, dzięki którym pierwsze ich czołgi znalazły się na południowo-zachodnich przedpolach Berlina już 7 października.

Kontrofensywa na wschodzie

Ofensywa aliantów zachodnich nie pozostała bez wpływu na sytuację na froncie wschodnim, który wobec bezpośredniego zagrożenia terytorium III Rzeszy z dnia na dzień stał się dla Niemców drugorzędny. Rozpoczęli zatem pośpieszne przerzucanie wojsk na zachód, usiłując jednocześnie – zupełnie nie bacząc, jak głupio to wygląda – zaproponować Polakom zawieszenie broni. Poważnie jednak utrudniała im to niemożliwość zlokalizowania polskiego rządu, pomykającego gdzieś właśnie lasami ku granicy rumuńskiej. Wszelkie zaś próby wynegocjowania na szczeblu taktycznym jakiegokolwiek rozejmu pozwalającego Niemcom podjąć procedurę ewakuacyjną były – całkowicie zresztą słusznie – przez polskich dowódców zdecydowanie odrzucane. Polacy – zawsze do końca wierni danemu słowu – zamierzali do końca wypełnić swe sojusznicze obowiązki. Zwłaszcza, że tym razem idealnie współgrały one z naszym interesem narodowym.

Sytuacja na froncie wschodnim zmieniła się radykalnie już 17 września. Opustoszało niebo, ponieważ niemal wszystkie zdolne do walki maszyny Luftwaffe odleciały na zachód, by maksymalnie wesprzeć tamtejsze wątłe siły. Dało to polskim wojskom jakże potrzebny oddech, a bez mała pół setki naszych ocalałych myśliwców oraz garstkę „Łosi” uczyniło panami rodzimego nieba.

Niemcy cofali się na całej linii. Najmocniej dało się to odczuć nad Bzurą, gdzie polska kontrofensywa teraz dopiero nabrała należytego tempa. Częściowo rozproszone i pogubione polskie oddziały ruszyły w ślad za wycofującym się nieprzyjacielem, na powrót się organizując i scalając, krótko mówiąc: na powrót tworząc jednolitą strukturę operacyjną. Gdzie tylko się dało kopaliśmy w zadek wiejącego Szkopa.

Temu zaś odwrót wcale nie szedł tak szybko, jak by sobie tego życzył. Wskutek działań wojennych zniszczeniu uległa trakcja kolejowa, nasze drogi zaś nigdy nie były w najlepszym stanie. A Wojsko Polskie mocno siedziało uciekającemu Wehrmachtowi na karku.

17 września Wojsko Polskie nie było jeszcze bynajmniej rozbite – wciąż mieliśmy pod bronią grubo ponad pół miliona żołnierza, który szykował się do obrony na linii Bugu, albo przynajmniej przedmościa rumuńskiego, a na Kresach Wschodnich trwała nieustanna mobilizacja i formowanie jednostek rezerwowych. To wojsko, odzyskawszy ducha, dozbrajając się sprzętem zdobywanym na wrogu (a nierzadko po prostu przezeń porzucanym) brało krwawy odwet za niedawne dni klęski.

Zachodni kierunek gorączkowej ewakuacji szamocącego się niczym kobra w worku Wehrmachtu pozostawił Prusy wschodnie praktycznie niebronione – będzie to nasz pierwszy łup wojenny (dzielony zresztą z Litwą, która w momencie załamania się niemieckiej ofensywy w Polsce natychmiast zajęła okręg Kłajpedy). Później poszerzymy korytarz pomorski, odbierzemy Niemcom Gdańsk, dwie trzecie Śląska, których nie udało się wydrzeć w powstaniach oraz przyznane im decyzją traktatu wersalskiego rubieże Wielkiego Księstwa Poznańskiego.

Tymczasem w sytuacji niewyobrażalnego chaosu, który zapanował w III Rzeszy notowania Hitlera u Niemców drastycznie spadły. Ten człowiek nie godził się na przegraną – domagał się od swoich rodaków walki do ostatniej kropli krwi. Dlatego znakomicie spełnił rolę kozła ofiarnego – obalony przez kierownictwo partii narodowosocjalistycznej wespół z korpusem oficerskim został wydany aliantom w charakterze gestu dobrej woli ze strony Niemiec ubiegających się o łagodne potraktowanie na konferencji pokojowej.

Wojna skończyła się 25 października. Ponaglany rozpaczliwymi telegramami Mussolini, którego przecież łączył z Hitlerem pakt żelazny, postanowił kurczowo trzymać się ogłoszonego natychmiast po niemieckiej agresji na Polskę statusu strony niewojującej. Podobnie zdradzi swego świeżego sojusznika Stalin, który owszem szykował się do inwazji na Polskę, jednak dopiero gdy ta zostanie złamana a i to w przypadku, gdyby sojusznicy nie udzielili jej pomocy. Stalin bynajmniej nie zamierzał narażać się na wojnę z mocarstwami zachodnimi, a już na pewno nie po to, by bronić Hitlera.

I oto po miesiącu działań wojennych Europa powróciła do stanu sprzed 1 września 1939 roku. A może raczej sprzed 5 marca 1933 roku. Niemcy ponownie rozbrojono. Hitler zawisł na szubienicy wraz z kilkoma innymi przedstawicielami kół polityczno-wojskowych, którym podczas urządzonego w Norymberdze publicznego procesu udowodniono zbrodnie wojenne. Stalin schował się w mysią dziurę i modlił do Lenina, by Zachód nie przypomniał sobie, że pod koniec sierpnia zawarł z Hitlerem pakt mający na celu podpalenie świata…

I na nowo stary świat

Jaki przyjemny scenariusz. I jakże prawdopodobny. Mogło tak być. Zabrakło tak niewiele. Zabrakło męskiej postawy – odwagi i zdecydowania. A przede wszystkim zwykłej przyzwoitości, jeśli nie chcemy używać wielkich słów i wytykać naszym zachodnim aliantom zdrady dziedzictwa Zachodu zbudowanego wszak między innymi na zasadzie pacta sunt servanda. A gdy zaczyna brakować przyzwoitości natychmiast w jej miejsce wkrada się pycha. Nic wszak innego jak pełne pychy lekceważenie niemieckiego kaprala ze strony Paryża i Londynu pozwoliło mu do roku 1939 va banque wygrywać wszystkie rozgrywki. Później zaś lekceważenie zastąpił strach, a nie ma nic gorszego niż połączenie pychy ze strachem – taki mariaż zawsze rodzi zdradę i zbrodnię.

A jeśli przyjąć – jak to dziś niektórzy postulują – że polityką nie kieruje moralność tylko zimne wyrachowanie, Zachód w takiej sytuacji wypada jeszcze gorzej. To właśnie zimny bilans potencjalnych zysków i strat powinien był skłonić polityczno-wojskowe koła dwóch największych na świecie mocarstw do natychmiastowego poskromienia niemieckiego awanturnika, który nie wahał się wciągnąć w sprawy Zachodu wschodniego diabła przyczajonego dotąd za Zbruczem. To znajomość arkanów globalnej polityki wsparta doświadczeniem Wielkiej Wojny powinna przypomnieć Daladierowi i Chamberlainowi, że pożar świata wywołać może znacznie mniej spektakularna iskra. A w takim pożarze – powinna podpowiedzieć chłodna kalkulacja – mogą spłonąć ich imperia, zwłaszcza gdy na peryferiach ich świata czają się dwa kolosy nade wszystko pragnące podzielić ów świat między siebie.

Dwa miesiące zmagań – w najgorszym wypadku pół roku – mogły uratować świat przed hekatombą. I nie byłaby to wcale – z perspektywy Zachodu – walka wyłącznie w obronie Polski, lecz przede wszystkim w obronie ładu starego świata, który wraz z wybuchem drugiej wojny światowej odszedł bezpowrotnie. Nie byłoby to umieranie za Gdańsk, ale za zachowanie kształtu rzeczywistości lat trzydziestych ubiegłego stulecia, jaki przytłaczająca większość Europejczyków nade wszystko pragnęła zachować.

Bo to przecież Francja i Wielka Brytania okazały się największymi przegranymi drugiej wojny światowej, bezpowrotnie tracąc swój mocarstwowy status. To przecież w wyniku tejże wojny obejmujące trzecią część świata imperium brytyjskie, nad którym nie zachodziło słońce, rozpadło się w proch, a Zjednoczone Królestwo ze statusu supermocarstwa, bez którego zgody w dwóch trzecich świata nie dało się nawet kichnąć, spadło do poziomu drugorzędnego państwa o regionalnym znaczeniu. So, gentlemen, after all it seems worthwhile to have sacrificed a couple of lives for Danzig

Warto sobie wyobrazić świat po krótkiej wojnie środkowoeuropejskiej roku 1939. Praktycznie nic by się w nim nie zmieniło. Wielka Brytania i Francja zachowałyby nie tylko swój imperialny stan posiadania, ale też decydującą rolę w polityce globalnej, de facto awansując do rangi światowych supermocarstw.

Polska wyszłaby z wojny jako ich prawa ręka – mocarstwo gwarantujące stabilizację w środkowo-wschodniej Europie. W sposób naturalny wkrótce stałaby się fundamentem federacji Międzymorza łączącej kraje bałtyckie, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Jugosławię i Grecję w gospodarczo-militarną unię wolnych krajów, nad którymi wisi cień totalitarnej Moskwy.

Związek Sowiecki izolowany na arenie międzynarodowej powoli gniłby wewnętrznie – bez wsparcia niemiecką myślą techniczną stawałby się coraz bardziej anachronicznym skansenem toczonym ekonomiczną niewydolnością. Bardzo wątpliwe jednak, by Stalin zdecydował się rozpocząć wojnę z Zachodem, gdyż najprawdopodobniej sprowokowałby tym prawdziwą krucjatę antykomunistyczną – trzeba bowiem pamiętać, że nie będąc nigdy sojusznikiem zachodnich demokracji nie mógłby nasączać ich swymi agentami wpływu, zatem zdecydowanie negatywny stosunek do komunizmu pozostałby na Zachodzie niezmieniony.

Komunizm nie wyszedłby poza granice Związku Sowieckiego i Mongolii. Pozbawione moskiewskiego wsparcia komunistyczne partyzantki w Azji zostałyby wkrótce wygniecione jak pluskwy. Na Pacyfiku nie wybuchłaby wojna. Ekspansjonizm Japonii – ważnego dalekowschodniego sojusznika imperium brytyjskiego – Londyn umiejętnie nakierowałby na wschodnie terytoria konającego powoli Związku Sowieckiego. A nawet gdyby Japończycy zdecydowali się zaatakować Stany Zjednoczone, wątpliwe by konflikt ten rozszerzył się na półkulę wschodnią – Wielka Brytania nie miałaby najmniejszego interesu we wspieraniu amerykańskiego nuworysza usiłującego dopchać się do biesiadnego stołu, przy którym wszystkie miejsca są już zajęte.

Stany Zjednoczone musiałyby się zadowolić sformułowaną przed stuleciem przez własnego prezydenta Doktryną Monroe’a, zgodnie z którą Ameryka nie godziła się na jakąkolwiek ingerencję ze strony mocarstw europejskich na uważanej za swą wyłączną strefę wpływów półkuli zachodniej, odżegnując się jednocześnie od jakiejkolwiek ingerencji w wewnętrzne sprawy Europy i jej wyłącznych stref wpływów.

Zamorskie terytoria długo jeszcze pozostałyby we władaniu europejskich metropolii: nie tylko wspomnianych powyżej supermocarstw, ale też Belgii, Holandii, Portugalii i Hiszpanii (ba, nawet Włoch, które roztropnie powstrzymawszy się od udziału w hitlerowskiej awanturze przez długie lata aż do naturalnej śmierci Mussoliniego będą z lubością oddawać się operetkowemu prężeniu muskułów). Dekolonizacja nastąpiłaby siłą rzeczy, ale na zasadzie stopniowej, ewolucyjnej emancypacji wychowanych z stylu zachodnim lokalnych elit, nie zaś drogą nie cofającego się przed niegodziwością, zbrodnią i wojną eksportu rewolucji bolszewickiej.

Krótko mówiąc, po zwycięskim antyhitlerowskim blitzkriegu świat zachowałby swoje przedwojenne oblicze. Byłby to świat zachodniej cywilizacji i kultury oraz zachodnich obyczajów; świat poszanowania tradycji i hierarchii. Świat dawnych elit i ich etosu. Świat chrześcijańskich standardów moralności. Świat, w którym Kościół katolicki zachowałby notowaną w latach trzydziestych ogromną dynamikę rozwoju.

Byłby to świat bez doświadczenia Auschwitz i bez Holokaustu. Bez stu milionów ofiar komunizmu. Bez głodu w Afryce. Więc może jednak warto było we wrześniu 1939 ginąć za Gdańsk?

Ale jednocześnie byłby to świat, w którym rewolucjoniści spod znaku białej i czerwonej gwiazdy nie mieliby nic do powiedzenia. I właśnie dlatego ukryte siły ciemności dołożyły wszelkich starań, by druga wojna światowa jednak wybuchła, eksplozją swą doszczętnie niszcząc spore jeszcze pozostałości starego świata ocalałe z pożogi Wielkiej Wojny.

 

 

Jerzy Wolak

Śledź(0)

Adres śledzenia tego komentarza

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS tego komentarza

Napisz komentarz

mniejsze | większe

busy

Publicystyka