Patriotyzm zapomnienia | Historia

Historia - Historia

AddThis Social Bookmark Button

fot. Michał Kołyga/Gazeta Polska

„Sierpień to dla Polaków niebezpieczna pora…”. Trawestacja słynnego powiedzenia wielkiego księcia Konstantego z „Nocy listopadowej” przyszła mi na myśl teraz, kiedy zaczynamy ten miesiąc, który otwiera rocznica Powstania Warszawskiego, a kończy wspomnienie zwycięstwa Solidarności. Czytam teksty znów, jak co roku, próbujące zohydzić pamięć Powstania Warszawskiego, potępiające wszelkie powstania w ogóle, wszelką manifestację niezgody na zniewolenie. To w ostatnich dwudziestu trzech latach żadna nowość, tak jak w poprzednich czterdziestu pięciu, zbiorczo nazywanych czasem PRL.

Pojawiło się jednak coś nowego, już nie tylko słowna zapora ogniowa tworzona przez rozmaitych kontynuatorów Jerzego Urbana. Pojawiła się inicjatywa ustawodawcza, która ma już nie słowem, ale paragrafem ochronić utopię status quo, utrwalenia słodkiej chwili władzy i panowania tych, którzy ją dzierżą i myślą, że będą wieczni. Nowelizacja prawa o zgromadzeniach publicznych, która w istocie ma zdelegalizować wszystkie zgromadzenia, które obecnej władzy się nie spodobają, zaskoczyła nawet część zagorzałych sympatyków tej władzy – tych, którzy pamiętają jeszcze Sierpień i na jego tradycję z dumą się powołują (protest przeciw tej „noweli sierpniowej” podpisali Barbara Labuda, Henryka Krzywonos, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bogdan Lis i Józef Pinior).


Przesłanie strachu, czyli Polskie Zjednoczone Telewizje Rządowe

 Czy uda się tępym Polakom wytłumaczyć, że należy zawsze, bez protestu akceptować panowanie silniejszego, nawet gdy oznacza ono mordowanie rodaków (masowe, jak w czasie II wojny) czy niszczące polski interes gospodarczy i polityczny uzależnienie (tu mamy świeższe przykłady, choćby te, w których możemy pochwalić się wynegocjowanymi przez premiera Pawlaka najwyższymi cenami gazu w Europie – płaconymi oczywiście Gazpromowi)? Na razie – w odniesieniu do dużej grupy naszych współobywateli – udaje się. Nie protestować, bo jeszcze dostaniemy po głowie. Lepiej główkę schylić, odwrócić, opróżnić ze „złych” myśli… To było główne przesłanie propagandy czasów PRL, to staje się stopniowo coraz wyraźniej przesłaniem strachu, który wypełnia dzisiejszy PR Polskich Zjednoczonych Telewizji Rządowych (PZTR). W PRL nie było tak wielu zaciągniętych indywidualnie kredytów, które są dziś znakomitą pomocą w tej socjotechnice strachu (nie myśl za dużo, nie protestuj, bo cię zwolnią, a kredycik – na dom, na samochód, na „plazmę” – spłacić trzeba). W PRL było więcej brutalnej siły. Ale istota socjotechnicznego przekazu była taka sama jak obecnie: nie wychylaj się.

W tej perspektywie spotykały się Sierpniowe Powstanie i Solidarność – jako objawy polskiej głupoty, jako przykłady złego zachowania. To nie Hitler (przy pomocy Stalina), nie Niemcy do spółki z Sowietami odpowiadali za zniszczenie polskiej stolicy, za mordowanie setek tysięcy polskich cywilów – to Powstanie było wszystkiemu winne. Może i powstańcy byli dzielni, ale ich dowódcy – to zbrodniarze. Podobnie z Solidarnością – to nie władza komunistyczna odpowiadała za upadek gospodarczy kraju, za jego degrengoladę – to strajkujący byli wszystkiemu winni. Potem okazało się, że może niektórzy chcieli nawet dobrze, ale byli źli prowodyrzy – ot, właśnie Labuda, Frasyniuk, Pinior, Bujak…Oczywiście także Romaszewscy, Macierewicz, Kuroń, Gwiazdowie.

5 czerwca 1989 r., po ogłoszeniu przez Bronisława Geremka hasła pacta sunt servanda, okazało się nareszcie, że Solidarność miała jednak pewien sens: była nim zgoda z generałem Jaruzelskim. Niestety, po Powstaniu Warszawskim nie odbył się do dzisiaj żaden okrągły stół, który by wyjaśnił, dlaczego nie powinniśmy mieć żadnych pretensji do generała Dirlewangera i jego mocodawców. Wciąż zatrzymujemy się na etapie pretensji do tych, którzy ośmielili się walczyć o polską wolność.


Nowy model „patriotyzmu”: „ruki po szwam”

Ostatnio jednak – chyba nie bez związku z doświadczeniem Smoleńska – obserwuję coraz śmielsze próby pochwalenia zachowania Stalina i Hitlera wobec polskich powstańców w 1944 r. Stalin realizował „interes ZSRR” – a Hitler „interes Niemiec”. Trudno mieć o to do nich pretensje – tak w komentarzu pod artykułem próbującym bronić decyzji o Powstaniu w Warszawie napisał na internetowym forum jeden z biedaków, który boi się wystąpić pod swoim nazwiskiem. Inny ujął to inaczej: „Tu nie ma co zwalać winę na aliantów zachodnich ani na Stalina, gdyż ta karygodna decyzja [o Powstaniu] została podjęta wbrew ustaleniom »wielkiej trójki« w Teheranie.” Jeszcze inny twórczo rozwinął porównanie decyzji o Powstaniu do zachowania kobiety, która decyduje się bronić przed gwałcicielem: „Porównać Powstanie Warszawskie do kobiety?? Jeśli tak, to ta kobieta zamiast siedzieć w domu wyszła półnaga na ulicę zaczepiać podpitego faceta. Skutki łatwe do przewidzenia”.

To są głosy dzisiejszych pionierów reinterpretacji historii polskiej walki o wolność. To jest nowy model „patriotyzmu”. Kiedy nasi możni sąsiedzi realizują swój interes państwowy – nawet jeśli to troszkę uderza w nasz interes zbiorowy – to możemy zrobić tylko jedno: zaakceptować ich wyroki, „ruki po szwam”. Zanim zdecydujemy się bronić naszej wolności, naszej elementarnej godności – musimy się zapytać „wielkiej trójki”, choćby takiej, która zabiera Polsce połowę jej terytorium państwowego (tak akurat zrobiła „wielka trójka” z Teheranu). Polska, która próbuje się bronić przed już jej zadawanym gwałtem – no cóż, sama sobie jest winna. Ofiara jest zawsze sama sobie winna.

Musimy walczyć z patriotyzmem „ofiar” – przypomina z troską Kazimierz Kutz. Jakże musi się wstydzić swojego pięknego filmu „Śmierć jak kromka chleba” – przecież górnicy z „Wujka”, których tragedię tamten film przedstawiał, byli sami sobie winni… Po co się stawiali? Po co nagością swojego protestu w imię zgwałconej wolności prowokowali silniejszych (i być może podpitych) wysłanników generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka z ZOMO?

Tak, takie pytania można zadać wszystkim ofiarom zapisanym w polskiej historii. Tylko że bez nich nie byłoby tej historii. Bez nich nie byłoby Polski.

Zamiast wikłać się w tego rodzaju skomplikowane pytania, rozważania, wątpliwości, można wybrać krótszą, chyba skuteczniejszą drogę do utrwalenia nowego „patriotyzmu” – bez ofiar, bez historii, bez pamięci. To jest „patriotyzm” zapomnienia. Jego horyzont czasowy zamykają ostatnie mistrzostwa w piłce nożnej i to, jak „fajni” się w nich okazaliśmy. Im mniej będziemy pamiętali, im mniej wiedzieli o naszej zbiorowej przeszłości, o naszych historycznych doświadczeniach – tym bardziej będziemy bezpieczni: bezpieczni od siebie samych, od tej groźnej polskości, która tak kumuluje się w sierpniowych rocznicach. Trzeba więc jeszcze ograniczyć naukę historii w szkołach, bo wciąż nie wszyscy osiągnęli ten poziom wyzwolenia od przeszłości, co młody rzecznik SLD, który Powstanie Warszawskie ulokował w roku 1988. Nie wszyscy, ale już wielu, bardzo wielu…

Czy ten eksperyment się uda? Czy w końcu wszystko zapomnimy? Ci, którzy w to wierzą, mają mocne argumenty i wielkie nadzieje na ostateczny sukces. Przypominanie przeszłości jest jak przywoływanie obowiązku albo przestrogi. Ciągłość doświadczenia może być uznana za ciężar, za ciężki łańcuch, który wygodnie jest zrzucić w końcu. Zwłaszcza wtedy, kiedy wiąże nasz, indywidualny los z losem i doświadczeniem wspólnoty, z którą już się nie utożsamiamy, której już nie cenimy. Wybieramy siebie – jak w tym reklamowym haśle: „Wybierz siebie – wybierz Pepsi”. Butelka jest co dzień nowa...

Całość artykułu prof. Andrzeja Nowaka w tygodniku “Gazeta Polska”

Autor: Andrzej Nowak | Źródło: Gazeta Polska

Śledź(0)

Adres śledzenia tego komentarza

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS tego komentarza

Napisz komentarz

mniejsze | większe

busy

Publicystyka