Kochajmy Polskę i pilnujmy jej, póki jeszcze możemy. Likwidacja państw i nowa międzynarodówka to już otwarty cel lewicy | Bezpieczeństwo

Państwo - Bezpieczeństwo

AddThis Social Bookmark Button

OLSZTYN, POMNIK KU CZCI POWSTANIA WARSZAWSKIEGO. FOT. WPOLITYCE.PLDaniel Cohn-Bendit to człowiek, który nie powinien wypowiadać się o sprawach publicznych. Zdania jakie wypowiadał, a więc że "seksualność dziecka jest czymś wspaniałym" i "uczucie rozbierania przez 5-letnią dziewczynkę jest fantastyczne, bo jest to gra o absolutnie erotycznym charakterze" powinny wyrzucić go poza nawias cywilizowanego życia publicznego. Człowiek kiedykolwiek zachwalający ohydną pedofilię tylko w nienormalnym świecie może być promowany jako autorytet.

Dlatego można się tylko cieszyć, że jego oraz Félix Marquardt napuszony apel zatytułowany "Precz z państwem narodowym", który kilka dni temu opublikowała "Gazeta Wyborcza" i kilka innych lewicowych europejskich tytułów, przeszedł bez echa. Byłoby jednak źle gdyby został całkowicie przemilczany.

Jego lektura pozwala bowiem zrozumieć nam prawdziwą istotę projektu jaki zamierzają wprowadzić w życie skrajnie lewicowe nurty europejskie, ludzie wywodzący się ze środowisk kiedyś otwarcie komunizujących, a dziś próbujących wprowadzić te niebezpieczne idee pod innymi nazwami. Pycha z jaką próbują narzucić innym swoją wolę zapiera dech w piersiach, a precyzja z jaką wykładają projekt jest ostrzeżeniem.

Zacznijmy do podstawy - jakie obaj panowie w ogóle mają prawo by mówić Polakom i innym narodom by zlikwidowały swoje państwa narodowe? Jaki mandat za tym stoi? Kogo reprezentują ludzie nazywający kilka tysięcy literek "manifestem"?

O Danielu Cohn-Bendicie już wspomniałem, można tylko dodać, że jest francuskim europosłem. Félix Marquardt to z kolei typ "komunizującego burżuja", Francuz z rodziny wielonarodowej, właściciel firmy doradczej. Żadnego mandatu demokratycznego nie posiada.

Jak widać, obaj panowie wspólnie reprezentują co najwyżej kilka tysięcy francuskich wyborców. A jednak za sprawą jakiegoś niewidzialnego porozumienia największe gazety w Europie drukują ich nieprawdopodobnie napuszony "manifest" nakazujący Europejczykom nowy kierunek. Z demokracją nie ma to wiele wspólnego.

Jeśli w ów kuriozalny tekst się wczytamy, zobaczymy, że nie ma to też wiele wspólnego z logicznym rozumowaniem. Przypomina przemówienia Lenina, które kiedyś, przyznaję, przeczytałem.

Mamy więc krytykę nacjonalizmu, pod którym to słowem kryje się patriotyzm.

Przywódcy wciąż nas mamią, że państwo narodowe to odpowiednie narzędzie polityki naszych czasów

- stwierdzają panowie. I jeszcze:

Musimy naszym krajowym politykom uświadomić, że już nie kupujemy ich nacjonalistycznego oszustwa. W przyszłorocznych wyborach europejskich musimy wydrzeć politykom ich najpilniej strzeżony sekret; otóż to, co postrzegają oni jako absolutnie nieodzowne w nowoczesnym rządzeniu - państwo narodowe - szybko staje się przestarzałą strukturą polityczną.

Jacy my? Kto? Kim są ludzie, którzy o demokratycznie wybranych, wywalczonych przez narody krwią i potem państw narodowych, mówią "oni", chcą im coś "uświadamiać"? Czy to jakieś stwory z kosmosu? Niestety, może to byłoby mniej groźne niż wniosek, że mamy do czynienia z jakąś nową międzynarodówką neokomunistyczną, niebezpieczną sektą podobną do sowieckiej partii i jej odnóg, uzurpującą sobie ponownie prawo do urządzenia świata narodom.

Panowie markistowskim językiem, prostymi jak cep kreskami kreślą wizją upadającego reakcyjnego świata:

Europa od kilku lat trwa w permanentnym kryzysie. Nowe pokolenie wkracza w dorosłość, mając niższy standard życia od swoich rodziców. Młodzież Europy staje przed wyborem: albo przyspieszona integracja, albo bierne przyglądanie się, jak nasz kontynent powoli traci znaczenie w świecie.

Tu drobne pytanie: czy to aby nie dorobek właśnie europejskiej lewicy, która zajmuje się maniakalnie walką o prawo zabijania dzieci nienarodzonych i przywileje homoseksualistów, a nie ma pojęcia o tym jak ruszyć gospodarkę?

Jednak tak jak na problemy komunizmu przywódcy reagowali hasłami by wprowadzić go jeszcze więcej, tak i tu odpowiedzią ma być jeszcze więcej tego, co zawiodło:

Nadszedł czas, by powstał ponadnarodowy, międzypokoleniowy, nieideologiczny oddolny ruch - zdolny wynieść integrację europejską na wyższy poziom. Potrzebujemy takiej umiejętności organizowania się jak na placach Tahrir i Taksim w Kairze i Stambule, Rio i Sao Paulo.


I tak, niech Finowie uczą nas, jak zreformować edukację, a Francuzi - opiekę zdrowotną. Niech Niemcy stanowią dla nas wzór elastycznego zatrudnienia, Szwedzi - równouprawnienia płci, a Grecy - odporności.

Na marginesie - pokazywanie umęczonych przez euro Greków jako przykład "odporności" to już perwersja. Ale wracając do tezy głównej, to przecież to jest jakiś bełkot! Gdy odcisnąć wodę zostaje postulat powołania "ponadnarodowego, międzypokoleniowego, nieideologicznego oddolnego ruchu" czyli jakiejś szóstej międzynarodówki. Oczywiście "nieideologicznej", bo lewica współczesna uważa swoje skrajne postulaty ideologiczne za nieideologiczne. Ot, nowa odmiana nowomowy.

Panowie dalej straszą, że jeśli tego nie zrobimy staniemy się jak Stany Zjednoczone. Naprawdę:

Inaczej Europie grozi to, za co krytykujemy dziś Stany Zjednoczone. Mają tam najlepsze szpitale, ale i miliony ludzi bez dobrego ubezpieczenia zdrowotnego; najbardziej w świecie rozwinięte technologie, ale dla wielu niedostępne; mają światowej klasy uniwersytety, ale i pokolenia ludzi, którym wąska wizja świata panująca w ich kraju nie pozwala się rozwijać.

No, straszna wizja. Po co więc pchają się tam miliony emigrantów? Zagadka. Ale komuniści też straszyli Polaków amerykańską biedą, więc w Polsce z tym akurat straszakiem nie warto chyba polemizować na serio. Dużo on jednak mówi o punktach odniesienia panów wizjonerów.

Na koniec jeszcze dostajemy radę, która przypomina o głównym postulacie:

Musimy przestać wątpić w Europę i zacząć działać jak Europejczycy. Pierwszym krokiem jest głosowanie w wyborach europejskich nie jako obywatele Francji, Niemiec, Grecji, lecz jako Europejczycy.

Tak więc państwa narodowe mają zniknąć, narodowości mają się stać co najwyżej regionalizmami, a obywatele Europy wypłukani z dotychczasowych tożsamości.

Proponują to także nam, Polakom. Lekko doradzają, byśmy wyrzucili na śmietnik wszystko to za co nasi przodkowie ginęli, co tak kochali. I co my kochamy. Chcą byśmy polskość, która daje nam dumę, radość, poczucie sensu istnienia wynikające z łańcucha pokoleń, porzucili. Kiedy każą wierzyć w jakieś nowe europejskie bożki?

Unijny projekt, jak widzimy, coraz wyraźniejszy. Kiedy skazywano Filomatów i Filaretów w uzasadnieniu wyroku podpisanym przez cara podano zarzut: "szerzenie nierozsądnego nacjonalizmu polskiego". Obecnie zarzut brzmi niemal identycznie: "nacjonalistyczne oszustwo".

Karać za to też mogą, jeśli Polacy nie zrozumieją, jaką wartość ma państwo narodowe. A polskie państwo szczególnie. Bez niego zawsze byliśmy pariasami i mięsem armatnim, czy to Prusaków czy caratu. Jeśli pozwolimy odebrać sobie, przed czym przestrzega Jarosław Marek Rymkiewicz, wolę bycia Polakami, stracimy nawet ten niewielki wpływ na nasz los jaki mamy teraz.

Nie lekceważmy tych szaleńców bez żadnego mandatu demokratycznego. Mam nieodparte wrażenie, że ich wpływy sięgają już dużo dalej niż do "Gazety Wyborczej". Bo w to, że pani Krystyna Szumilas, niestety minister edukacji w Polsce, sama wpadła na to by wyrzucić z programu nauczania w gimnazjach w Polsce "Pana Tadeusza" i "Potop", nie wierzę. Wszak wcześniej dużo zrobiła by historii nauczano jak najmniej. Linia jest wyraźna.

Naprawdę, kochajmy Polskę i pilnujmy jej, póki jeszcze możemy.

Śledź(0)

Adres śledzenia tego komentarza

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS tego komentarza

Napisz komentarz

mniejsze | większe

busy

Publicystyka